Thursday, 31 August 2017

7 wyciągów na Kościelcu | Lobby Instruktorskie VII- | Sprężyna VI+

Plany wspinania na Kościelcu pojawimy się w mojej głowie już jakiś czas temu. Niestety brak pogody, rozwspinania czy partnera skutecznie odwlekał ten

wyjazd w czasie. W końcu nadeszło jednak dłuższe okno pogodowe, które dawało cień szansy na to, że Zachodnia Kościelca będzie w sucha a i temperatura

będzie sprzyjać wspinaniu!



Nie było się nad czym zastanawiać.

- Krzychu, jedziesz w Tatry w środę? Kościelec...

- Pisałem właśnie do kolegi czy nie chce jechać, ale, że nie odpisuje... jedziemy!


Z Krakowa wyjeżdżamy o godzinie 3:00. Parkujemy w Brzezinach, jemy szybkie śniadanie i o 5:00 już jesteśmy w drodze. Jest jeszcze ciemno. W końcu do

wschodu słońca zostało jeszcze ponad 50 min. Zastanawiam się, dlaczego ja właściwie nie zabrałem z domu czołówki?


Szczerze nienawidzę tego szlaku, jednak po roku nieobecności w tym miejscu idzie się nawet nieźle. Może dlatego, że bez czołówki nie widzę tych wszystkich

kamieni? W dobrym czasie docieramy do Murowańca. Szybki wpis w książce i ruszamy dalej na Karb.



Z odnalezieniem startu drogi nie mamy najmniejszego problemu. Idąc od Karbu, w oczy od razu rzuca się linia ringów poprowadzona od sporej nyży,


znajdującej się przy samej ścieżce.



Zegarek wybija godzinę 8:00 kiedy wbijam się w drogę. Niestety jest na tyle zimno, że pierwsze ruchy robię w rękawiczkach. Ściągam je dopiero w połowie


wyciągu, gdzie chwyty stają się "bardziej wymagające". Trudności raczej brak, jedyne czujne miejsca to te, gdzie muszę omijać kapiącą z podchwytów wodę.


trawnik na dojściu do pierwszego stanowiska


Drugi wyciąg startuje trawersem w prawo, aż do kominka. W środku dwa stare haki. Po wyjściu z komina, czujnie po trawach, parę metrów w lewo, do


widocznego stanowiska.



Krzysztof na wyjściu z kominka



Sam komin przechodzę raczej bez większych emocji. W jednym miejscu jedynie należy się tylko trochę lepiej poskładać. Krzysztofowi ta sztuka nie do końca


wychodzi, przez co w pewnym momencie "klinuje" się w środku :-D



Trzeci wyciąg to w końcu dłuższe i bardziej estetyczne wspinanie. Najpierw start płytą, następnie przejście przez "okap", aż do pionowych rys. Niestety na



dojściu do stanowiska znowu trzeba uważać na cieknąca z góry wodę.






Po dojściu do stanu, Krzychu, sugeruje, że skoro mamy w planie jeszcze jedną drogę, to woli zachować siły i nie chce pchać się w VII trudności. Proponuję


żebym szedł sam i później zjechał a on na mnie poczeka.




Tak też robimy...





Ze stanowiska czwarty wyciąg nie wygląda zachęcająco. Woda kapie praktycznie z każdego miejsca. Z resztą samo stanowisko poniżej okapów jest całe


mokre. Decyduję się jednak spróbować! W sumie głównie po to tutaj dziś przyjechałem. Zostawiam zbędne rzeczy Krzyśkowi i ruszam.



Od samego początku, nie chcąc zamoczyć butów, idę bardzo uważnie. O ile to możliwe, przed każdym postawieniem buta, dokładnie szukam suchej skały. W


ten sposób udaje mi się pokonać kilka pierwszych metrów. Problem pojawia się dopiero na dojściu do okapu. Aby go bezpiecznie przejść, trzeba przytrzymać


się podchwytu, wyjść wysoko na nogach i z tej pozycji zrobić kolejna wpinkę.


Sam podchwyt na szczęście jest suchy a chwyt bardzo komfortowy, jednak nie ma szans znaleźć suchego stopnia na nogę. Wpadam więc na pomysł osuszenia


skały magnezją! Wyciągam bryłkę z woreczka i "magnezjuje" największy stopień. Teraz szybko, póki jeszcze jest suchy, ruszam w górę. Pomijając wodę,


trudności są raczej umiarkowane. Dalej, nisko na nogach, przenoszę ciężar ciała na prawą nogę, przechodzę kawałek w bok po czym zatrzymuje się przed


płytką.


Temperatura już zdecydowanie wyższa niż na pierwszym wyciągu i wspina mi się dużo bardzo komfortowo niż wcześniej. Nie chcę jednak zlekceważyć


kluczowego wyciągu i popełnić głupiego błędu, który może kosztować mnie OS-a. Rozstawiam się więc szeroko na nogach i obmyślam plan wykonania


kolejnych przechwytów. I tak po chwili namysłu, łapię dwie najlepsze klamki, wstawiam wysoko do rysy nogę i wychodzę wyżej.


Z tego miejsca, nie licząc (znowu!) mokrych traw przed samym stanowiskiem, trudności na wyciągu już praktycznie brak. Im wyżej tym łatwiej.




Na stanie szybko się przewiązuję i zjeżdżam do Krzyśka ściągając po drodze wszystkie swoje przeloty. Później robimy jeszcze dwa zjazdy i tak w czasie


2 godziny i 15 min meldujemy się pod drogą :-)



Jako, że godzina jeszcze młoda a my pełni sił, zgodnie z planem decydujemy się na drugą drogę. Pierwotny plan zakładał wspinanie na Prawym




Dziędzielewiczu. Niestety dochodzimy do startu drogi, okazje się, że jakiś zespół dopiero zaczynam się tu wspinać. Nie chcąc więc tracić czasu, ani robić tłoku


w ścianie decydujemy się na alternatywę w postaci Sprężyny.



Mimo posiadanego mastertopo oraz opisu ze strony Damiana, mamy małe problemy ze znalezieniem startu. Po chwili dopiero udaje się nam zlokalizować


Komin Świeża a zaraz obok niego startową rysę naszej drogi.




Pierwszy wyciąg prowadzi z początku ładnym zacięciem, które w połowie przechodzi w dobrze urzeźbiona płytkę.


Krzysztof na starcie pierwszego wyciągu



Wspinanie jest bardzo przyjemne. W przeciwieństwie do Lobby, teraz znajdujemy się już w pełnym słońcu. Rękawiczki oraz bluzy zostały w plecaku pod startem

drogi!



Wyciąg drugi, wyceniony na VI/+ to już wejście w kluczowe trudności. Na starcie w oczy rzuca się od razu ogromna ilość haków wbitych na dojściu do okapu.

Jest ich na tyle dużo, że wpinam się w co drugi bojąc się, że nie wystarczy mi ekspresów do asekuracji na trawersie :-)


Po dojściu pod okap, chcąc zyskać trochę czasu i wybrać jak najbardziej optymalny wariant przejścia, ustawiam się szeroko na nogach i obserwuję znajdujące


się przede mną trudności. Szczerze mówiąc, jak na VI/+, niektóre chwyty wydają się zaskakująco małe. Szczególnie wąskie rysy w zacięciu, w których ledwo


jestem w stanie zmieścić swoje palce.


Oprócz wpięcia liny do haków, do asekuracji dorzucam jeszcze swojego Dragona 00 i ruszam dalej. Nie jest łatwo! Dodatkowo mimo, wcześniejszego


przedłużenia przelotów, odczuwam już wyraźne tarcie liny. Nie ma tu jednak specjalnie miejsca na zastanawianie się a tym bardziej na powrót. Klinując palce w


lichych ryskach i nisko na nogach idę już zdecydowanie w prawo. Dopiero pod koniec trawersu łapię już lepszej klamki na ręce i wychodzę na wygodną półkę


gdzie zakładam stan. Mimo 2 haków do stanowiska dorzucam jeszcze małą kość i jednego frienda.



Teraz czas na Krzyśka...


Krzychu popełnia błąd i całą drogę wspina się z plecakiem. Asekurowany na płytce porusza się w miarę szybko i sprawnie, jednak problemy zaczynają pojawiać


się w momencie wejścia w trawers. Wtedy plecak zaczyna mu poważnie przeszkadzać.


przed trawersem


Z dużą walką i ściągany mocno przeze mnie, Krzychu finalnie dochodzi do stanowiska bez odpadnięcia, jednak jest już wypruty z sił!


lufa na drugim wyciągu


Wyciąg trzeci startuje prosto w górę praktycznie znad stanowiska. Mimo, że zacięcie wycenione jest jedynie na IV+, to wspinanie jest rewelacyjne. Lita skała,


super chwyty i równie dobre stopnie powodują, że wspinam się cały z uśmiechem na ustach. Miła odmiana w porównaniu ze wspinaniem na mokrym Lobby :-)


akrobacje w zacięciu :-)



Po dotarciu do stanowiska rozwiązujemy się i zaczynamy zjazdy. Tutaj kolejny smaczek Sprężyny, ponieważ pierwszy zjazd pokonywany jest częściowo bez


kontaktu ze skałą!



Mimo, że godzina jest jeszcze wczesna i śmiało moglibyśmy spróbować zrobić jeszcze Dziędzielwicza, to decydujemy się jednak na powrót do Krakowa.

Krzysztof dawno się już nie wspinał i jest wykończony... A przecież trzeba jeszcze dojechać do domu!




Niestety zejście na parking do Brzezin jak zwykle jest drogą przez mękę. Już wolę chyba asfalt na zejściu z MOKa...



Co do samych dróg to zdecydowanie bardziej podobała mi się Sprężyna. Mimo, że krótka (jedynie trzy wyciągi) to jednak oferowała dużo ładniejsze wspinanie.



Brak cieknących podchwytów, brak traw na stanowiskach a do tego rewelacyjne formacje praktycznie na każdym z wyciągów. Najpierw płyta, później trawers



(zdecydowanie ciekawszy i ładniejszy niż słynny trawers Zamarłej!!) a na końcu zacięcie! No i do tego ten zjazd w lufie... Rewelacja!





Lobby natomiast wydaje mi się poprowadzone trochę na siłę. Pierwsze dwa wyciągi nie zapadną mi raczej w pamięci jako warte polecenia. Dopiero trzeci i



czwarty oferują ciekawsze wspinanie. Niestety jednak duża ilość traw, która znajduje się na drodze, zdecydowanie psuje estetykę tej linii.



Monday, 21 August 2017

Pilier des Contes - Les contes de la folie ordinaire TD 6a+


Wstając tego dnia z łóżka wiedziałem już, jak bardzo daleki jestem od swojej normalnej dyspozycji. Przy każdym stawianym kroku miałem wrażenie jakby łydki


miały mi eksplodować. Przy każdym ruchu rękami czułem ból we wszystkich mięśniach na plecach. Na podejściu już zjadłem całe swoje jedzenie a zjeżdżając z


kolejnych stanowisk, do podstawy filara, zastanawiałem się co ja tu włąściwie dzisiaj robię? Zapewne gdybym miał tylko trochę więcej siły, to, już po pierwszym


zjeździe bym się spakował i poszedł do schroniska odpocząć. W zasadzie sam nie wiem dlaczego i co skłoniło mnie tego dnia do wspinania...



Nie było jednak tutaj miejsca na wymówki. W końcu to Alpy. Chamonix. Była ładna pogoda i trzeba było cisnąć.


pierwsze promienie słońca

standardowo śniadanie i kawka przed schroniskiem

chyba najlepsze miejsce biwakowe pod schroniskiem

ścieżka prowadząca do startu drogi...


Podczas gdy, obwieszony szpejem jak choinka na święta, Maciek prowadzi pierwszy wyciąg, ja usypiam... Na szczęście dla Chmiela asekuruje Rafał ;-)


początkowe trudności


tatrzańsko!

Na pierwszych dwóch wyciągach w końcu trochę się rozruszałem. Powoli "wracają mi siły" dlatego postanawiam teraz przejąć prowadzenie od Chmiela.


Ze wszystkich zrobionych na Enversach dróg, ta ma zdecydowanie najmniej "alpejski" charakter.


Na czwartym stanowisku, po ściągnięciu do siebie chłopaków, sugeruję, że mogę poprowadzić jeszcze wyciąg piąty :-) W końcu nie miałem możliwości jeszcze


wbić się w Chamonix w przewieszkę, a ta czeka znajduje się właśnie na piątym wyciągu! Maciek jednak studzi mój zapał i stwierdza, że teraz kolej Rafała. Nie


pozostaje mi więc nic innego jak oddać mu cały szpej i zrelaksować na stanowisku.



Wyciąg startuje z półki skalnej, która rysą doprowadza pod przewieszkę. Do tego miejsca Rafał idzie jak po swoje. Problem jednak pojawia się w miejscu


wejścia w przewieszkę. Od razu widać, że mocno go wybiera i jest na granicy odpadnięcia. Obserwując to wszystko, razem z Maćkiem, serwujemy Rafałowi taki


doping motywacyjny! :-)), że po walce finalnie udaje mu się wyjść z trudności i pokonać resztę wyciągu OS-em! Bez wątpienia Rafał ostro zawalczył!



Wspólnie stwierdzamy, że był to najładniejszy wyciąg całej drogi a Rafał ładnie go pocisnął. Nawet na drugiego, co widać po minie Maćka, nie było to banalne


do przejścia :-)


Ponieważ wszyscy mamy już dość i chcemy jak najszybciej skończyć resztę drogi, ponownie przejmuję prowadzenie.


Niestety kolejne wyciągi są już mało urokliwe. Można je określić jako poszukiwanie trudności w łatwym terenie...


chłopaki na "szczycie" po skończeniu drogi

i na "do widzenia" odwiedziny królika pod schroniskiem ;-)


Saturday, 19 August 2017

Première pointe des Nantillons - Guy Anne TD+ 6a+


Maciek jednak miał rację. Mimo, że poprzedniego dnia nie miałem już ochoty na wspinanie, to po przespanej nocy wszystko odeszło w zapomnienie ;-) W

prawdzie rezygnujemy z "najbardziej ciągowej" Bienvenue au Georges V, ale decydujemy się na Amazonię, jedną z najładniejszych dróg w okolicy.


jak wiadomo każda górska wspinaczka rozpoczyna się od dobrej kawy ;-)

podzieleni sprzętem ruszamy pod ścianę

niestety z powodu późnej godziny wyjścia, ktoś startuje przed nami...


Po dotarciu pod ścianę, okazuje się, że musimy trochę zmodyfikować swoje plany. Zespół, który wbił się w Amazonię właśnie zjeżdża. Chłopaki twierdza, że

na drugim wyciągu "trawers po niczym" cały płynie. A, że jest ubezpieczony tylko jednym spitem w trudnościach to nawet nie mają ochoty go próbować.


Wierząc im na słowo po szybkiej naradzie postanawiamy przerzucić się na sąsiednią Guy Anne "L'insolite".



Tym razem mi przypada pierwsza część drogi. W celu zaoszczędzenia czasu mam poprowadzić pierwsze cztery wyciągu a później się zmienimy.

pierwszy wyciąg mimo, iż krótki już oferuje ciekawe wspinanie ;-)

Rafał na jednej z kluczowych rys trzeciego wyciągu



wyjście z trudności


Czwarty wyciąg strasznie mi się podoba. Mimo, że jak dla mnie trudny, to oferuje super wspinanie! Najpierw długa, trawersująca w lewo rysa ze stopniami na


tarcie. Następnie czujne wejście do drugiej pionowej rysy.

wejście do drugiej rysy na czwartym wyciągu

w tym miejscu miało już być łatwo, jednak nadal było co robić!

nie ma lekko

na końcu nawet trzeba trochę przymagnezjować...


Niestety na czwartym stanie chłopaki nie podzielają ze mną radości ze wspinania. Rysy mocno ich zmięły. Z resztą słowa Rafała "stary, jak Ty żeś to k@##%

poprowadził?" mówią same za siebie. W prawdzie chcą iść dalej, ale tylko pod warunkiem, że następne wyciągi również ja będę prowadzić. Brzmi zachęcająco,


jednak po tylu dniach wspinania w granicie, poodrywana pod paznokciami skóra, bolące mięśnie czy uwierające w stopę buty (więcej wymówek nie pamiętam)


nie pozwalają mi się na to zgodzić. I tak dochodzimy do wniosku, że pociągniemy jeszcze kolejne dwa wyciągi, dzięki czemu zrobimy krótszą wersję Guy Anne.



Z dwojga złego, dobrze, że cokolwiek uda nam się zrobić ;-)


następny wyciąg prowadzi Rafał... siedzimy... nic się nie dzieje... czekamy... ;-) zimno!





Wyciąg, mimo, że częściowo obity, oferuje turbo wspinanie! Mina Maćka z resztą mówi sama za siebie!


szeryf na ostatnim (6) wyciągu



gdzie ten Rafał? ;-)

czas wracać na obiad



nasz cały dobytek

zadowoleni, chociaż niesmak pozostał!

moje dłonie po kilkunastu dniach wspinania w granicie...

widoki ze schroniska!


Patrząc z perspektywy czasu, dobrze, że nie wybraliśmy się do końca drogi. Mimo, że wspinanie było na prawdę ładne, to jednak jako trójkowy zespół

ruszaliśmy się strasznie powoli. Nie pozostaje nic innego jak doładować i wrócić na Nantillonsy za rok i zrobić wszystkie trzy drogi ;-)