Saturday, 15 June 2019

Mnich - Międzymiastowa VI+ | Rysa Marcisza VII- | Międzykancie VII

Patrząc na prognozy na zbliżający się weekend do głowy przychodziło mi tylko jedno słowo - PIEKŁO! Bo jak można inaczej nazwać temperaturę sięgającą 35*C


w cieniu?



Po ostatniej wizycie, na Pochylcu, jedno również było pewne. Na Jurze, w takich warunkach wspinać się po prostu nie da. Z resztą to co robię przy obecnym


stanie mojego palca, ciężko nawet nazwać wspinaniem... Wybór mógł być tylko jeden. Po roku przerwy czas wrócić w Tatry!



Szybki e-mail do Krzycha...


- Krzychu, chcesz jechać w Tatry?


- Przecież wiesz, że ja zawsze jestem chętny na Tatry :-)



No to jedziemy. Pytanie tylko gdzie?



Pomysłów jak to zwykle bywa było wiele. W zasadzie do samego końca nie mogliśmy się zdecydować. Prognozy również nie pomagały. Trzeba było jednak


postawić kropkę nad i i podjąć męska decyzję. Skoro chcemy się rozwspinać i powspinać a nie spędzić całego dnia na podejściu... jedziemy na Mnicha!



Czas podejścia, jakość granitu, ilość wspinania a także mnogość wariantów w połaczeniu z trudnościami jakie oferuje ta skałka, jest jednak nie do podrobienia.


Na początek sezonu powinno być idealnie!



Międzymiastowa.



Jedna z największych klasyków na Mnichu. Według Damiana / drytooling.com.pl uroda 5/5. Jedna z najładniejszych VI-tek w całych Tatrach. W dodatku przez



zrobiona wszystkich moich znajomych. Także jeśli nie teraz to kiedy? Robimy!



Rozpoczynając wspinanie, nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać. Różne myśli krążyły mi po głowie. Zastanawiałem się, czy aby na pewno palec nie


będzie mi przeszkadzać? W dodatku jak to będzie w tym granicie? Czy przypomnę sobie szybko "jak to się robiło"? W końcu rok mnie nie było. Odpowiedź na te


pytania mogłem uzyskać tylko w jeden sposób. Wspinając się. Z resztą VI+... to przecież nie może być trudne.






I tak w zasadzie przez pierwsze dwa wyciągi prowadzę mocno kwadratowo. Nieufnie, powoli, ale cały czas stabilnie do góry. Odciągi, kliny butów a chwilami


nawet dłoni - szok i niedowierzanie! Na V? Na szczęście techniki wspinaczkowe prezentowane przez Wide Boyz na YouTube nie odeszły w zapomnienie! Powoli


wszystko zaczęło do mnie wracać!






Mimo, iż początek Międzymiastowej wyceniany jest tylko V/V+ to w moim odczuciu jest to stosunkowo solidna wycena. Podobne wrażanie miał chyba z resztą


gość, który wbił się w drogę po nas i odpadł w połowie pierwszego wyciągu. A ponoć chciał tego dnia próbować równie swoich sił na Wachowiczu :-)




fot. Krzychu


Ostatni wyciąg i kluczowe trudności całej trasy (wyceniane "tylko" na VI/+) również wydały mi się solidne. O ile asekuracja w tym miejscu jest pancerna a


chwyty głębokie, że rękę można chować aż po łokieć, to jednak chwilę zajęło mi rozgryzienie optymalnych patentów i pokonanie cruxa.



fot. Krzychu


Finalnie obyło się bez chwili zawahania, ale... utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że granit rządzi się swoimi prawami a technika gra tutaj pierwsze skrzypce.





Ściągnięcie do siebie Krzycha chwile zajmuje. Niestety przedarcie się przez trudności okazuje się dla niego dużym wyzwaniem. Na pierwszy rzut oka widać, że


musiał przegapić filmy Toma Randalla i spółki, a rysowe VI+ to zdecydowanie nie jest to co lubi robić najbardziej. Ale, żeby wspinać się dobrze w rysach, trzeba


wspinać się w rysach!






Chcąc dać mu chwilę na złapanie oddechu, sugeruję przejście na półki w prawo. Tam, być może spróbuję wyjść wyżej Rysą Marcisza a on będzie miał chwilę


na odpoczynek.




Rysa Marcisza specjalnie mnie nie zachęcała. Szczerze mówiąc trochę stojąc pod startem czułem się lekko poddenerwowany i onieśmielony. Obawiałem się,


że mogę nie dać rady. I co wtedy? W prawdzie w tym roku podczas pobytu w Hiszpanii poprowadziłem dwie, wyceniane na 7b+, 40 metrowy rysy (OS), ale


mimo to uważam, że wspinając się w rysach jestem trochę jak ten mem z psem siedzącym przed komputerem "I have no idea what I'm doing"! Ponadto tamte


rysy były całkowicie obite. Tutaj natomiast musiałem zachować odpowiedni zapas a asekurację zapewnić sobie sam.



Na szczęście (chyba) poprzednie wyciągi dobrze mnie rozgrzały, dzięki czemu całość przechodzę pewnie i bez chwili zawahania. Palce w rysie siadały idealnie.


Podobnie z resztą jak asekuracja.





Kiedyś na taborze, "ktoś" mi powiedział, że rysa jest mocno przereklamowana i nie tak ładna jak mówią ;-) Kompletnie się z tym nie zgadzam. Wspinanie super


estetyczne a same ruchy genialne - 5/5. Zdecydowanie warte polecania! Z tego co pamiętam Paweł rok temu również był zachwycony.




Do asekuracji polecam zabrać set małych kości - siadają idealnie. My większość swoich zostawiliśmy w aucie, przez co asekurować głównie musiałem się z BD



X4 + X4 offset.




Na drugą drogę tego dnia planowałem Kant Hakowy. Niestety jednak był zajęty. Krzychu nie wyrażał również specjalnych chęci na przerywnik w postaci


Andromedy, dlatego nie chcąc ruszać się z miejsca, wybór mógł być tylko jeden. Międzykancie.




Podbudowany i rozgrzany poprzednim wspinaniem, tym razem startuje bardziej pewny siebie. Niby trudności rosną, bo teraz to już "pełne" VII, no, ale to też


nie może być przecież trudne! Nie takie rzeczy robiłem na Jurze.




Mimo, że z dołu zacięcie wygląda na pionowe, to im wyżej jestem tym bardziej czuje jak mnie wypluwa. Chwytów brak, stopnie jakby pochowane. Wszystko


czego mogę trzymać to chwyty pochowane w rysie a stopnie jedynie po wewnętrznej stronie "zacięcia".




Po raz kolejny okazuje się, że siła w tym miejscu kompletnie nie ma znaczenia. Może trochę pomaga, gdy kilkukrotnie wylatują mi nogi i wiszę na samych


rękach... ale kluczem do sukcesu jest tylko technika, dobra praca na nogach i poprawne ustawienie.




W cruxie spędzam dobre kilka minut. Rozglądam się wszędzie szukając jak najlepszego ustawienia. Niby widzę, do czego trzeba ruszyć, ale kompletnie nie


grają mi stopnie... W końcu jednak rest przestaje być restem a mnie wybiera coraz bardziej. Czas na podjęcie męskiej decyzji... Ruszam do chwytu. Sięgam


wysoko lewą ręką i ponownie zostaję na samych rękach. Wylatują mi nogi. Niestety bezskutecznie szukam dla nich jakiegoś oparcia. Przez chwilę udaje mi się


utrzymać pozycję, ale brak jakiegokolwiek pomysłu "co dalej" powoduje, że w końcu odpadam.



Chwilę odpoczywam, po czym próbuję ponownie. Wracam do miejsca restowego i staram się ogarnąć odpowiednią sekwencję. Tym razem łapię już chwyt w


lepszym miejscu, lekko na wiarę staję na tarcie i wychodzę wyżej. Nadal jest dosyć czujnie, ale przynajmniej wszystko gra.



Decyzja może być tylko jedna. Dół. Chwila przerwy i powrót! :-)



Druga próba jest już dużo lepsza. Tym razem pewnie i bez momentu zawahania. Czysta egzekucja. Wszystko się zgadza. Bez problemu przechodzę cruxa


i spokojnie dochodzę do stanu.







Krzychu dociera do mnie wykończony. Widać, że VII to już dla niego za wiele. O ile wiedziałem już, że VI nie jest jego ulubioną cyfrą, to teraz


okazało się jeszcze, że VII również nią nie jest. Jednak co powalczył - nikt mu nie odbierze!



Na szczęście końcówka jest już zdecydowanie łatwiejsza i mimo, że do przejścia zostaje jeszcze czujna płyta, to drogę udaje się ukończyć.



Szczerze mówiąc mam bardzo mieszane uczucia odnośnie Międzykancia. Być może jest jeszcze za wcześnie, ale droga nie wygląda na super popularną. Na



pierwszym wyciągu znajdowało się sporo dziadostwa, przez co kilkukrotnie musiałem czyścić ręce oraz chwyty z syfu. W dodatku "asekuracja" na drugim


wyciągu wygląda na niezły żart. Ten, kto dobił jednego spita miał "dobre" poczucie humoru. Już na początku startu drugiego wyciągu, asekuracja jest mocno


wymagająca. Poniżej spita siadł mi tylko jeden offset x4. Po wpięciu liny do spita wcale nie jest lepiej. Wychodząc nad przelot również nie bardzo jest opcja


by coś dołożyć a patrząc pod nogi, wydaje mi się, że ewentualny lot grozi gruchą na półkę poniżej. Zdecydowanie wyciąg zachęca do OS-a! Z tego miejsca


zdecydowanie polecam (podobnie jak Damian) wariant wyjścia wyżej wyciągiem Folwarku Montano. W prawdzie jest trudniejszy, ale bardziej logiczny, bardziej


wspinaczkowy wspinaczkowy a do tego dobrze ubezpieczony! I o ile pierwszy wyciąg nawet mi się podobał, to drugi pozostawił po sobie mocno mieszane


uczucia...




Po zjechaniu z Międzykancia, mimo nadal młodej godziny, zmuszeni jesteśmy zakończyć naszą dzisiejszą działalność. W sumie spodziewałem się, że będę


bardziej zniszczony. 2h snu, podejście oraz cały dzień wspinania daje w kość, jednak jak się okazało, nie jest ze mną aż tak źle :-)




Pakujemy więc plecaki i powoli schodzimy do auta.




Po drodze na parking zagadują mnie jeszcze "przydrożni grzybiarze". Jak się okazało, oni również tego dnia wspinali się na Mnichu.




- hej kolego, czy to Ty wspinałeś się dzisiaj na Mnichu?


- tak, a o co chodzi?


- co to było, to co robiłeś?


- a... taka rysa, Rysa Marcisza.


- trudne? za ile?


- za VII(-)


- obite, czy wszystko na własnej?


- nie no, na własnej całość :-)


- szedłeś tak technicznie.... to była przyjemność patrzeć! dobra robota! stary, rozjebałeś ją!


(...)




i mimo, że swoje wiem (I have no idea what I'm doing), to powrót do auta od razu stał się przyjemniejszy :-) rozjebać rysę... w najgłębszych snach mi się to


nie śniło!




I mimo, że lekki niedosyt pozostał, był to zdecydowanie dobry start sezonu. Teraz jedynie trzeba poczekać na dobrą pogodę i dosłownie oraz w przenośni,


wjechać w kolejną trasę na pełnej. Oby tylko szybciej niż za rok!



Duży ukłon w stronę Krzyśka, który mimo, że do tej pory nie robił w Tatrach nic powyżej V+, wybrał się ze mną na takie drogi! I mimo, że dużo go to


kosztowało, bez narzekania cisnął w górę! Taki partner to skarb! :-)



No comments :

Post a Comment