Friday, 12 July 2019

Superata Młodości IX- na Mnichu | "Synu, jest całkiem trudno!"


Z góry ostrzegam wszystkich purystów. OS alert! ;-)


Rok 2018 był rokiem, na który przypadała 15 rocznica pierwszego prowadzenia dróg Metallica IX+ oraz Superata Młodości IX- na Mnichu. W ramach tej rocznicy


udało mi się wtedy zorganizować, w piwnicy klubu KW Kraków, spotkanie z dwoma współautorami pierwszego powtórzenia obu tych dróg.



Andrzej i Piotrek opowiadali wtedy o historii związanej ze ścianami Mnicha. O ogromie pracy jaki włożyli w doprowadzenie skały do użytku. O ilości godzin


spędzonych na linach ze szczotkami, młotkami czy łomami. Opowiadali również o wytyczaniu nowych dróg a także o wspinaniu jak i samym "treningu".



Spotkanie było świetne. "Stare" klimatyczne zdjęcia prezentowane przez Andrzeja, w połączeniu z niebanalną narracją Szalonego, robiły ogromne wrażenie.


Mimo upływu 15 lat, w ich głosach, nadal czuć było pasję a słuchając ich opowieści można było na chwilę odpłynąć i poczuć klimat tamtych lat.



Kto wtedy nie był nie był i tego nie słyszał niech żałuje. Zwłaszcza, że nie często się zdarza, aby chłopaki występowali publicznie razem.



Tak czy inaczej końcówka spotkania zakończyła się puentą w stylu "(...) a teraz idźcie i próbujcie swoich sił. Granit jest lity, wręcz alpejskiej jakości. Drogi są


świetne i bezpieczne, także nic tylko napierać!".



Jednak mimo, że ze spotkania wyszedłem naładowany energia jak PowerBank po nocy spędzonej w gniazdku, to ani mi się nawet śniło o próbowaniu takich


trudności. A już na pewno nie w górach!



Oczywiście IX- na Jurze nie stanowi już raczej dla nikogo specjalnego wyzwania. Jednak w górach? Przecież tam to zupełnie inna bajka. Zupełnie inny rodzaj


skały. Zupełnie inne chwyty oraz inny styl wspinania. Siła tylko przeszkadza. Mocny faker może głównie służyć do dłubania w nosie a nie do wyjścia z trudnego


miejsca. W Tatrach głównie liczy się technika i dobra praca na stopniach. Chociaż chyba... częściej od dobrej pracy na stopniach liczy się wiara w to, że ten


mały, parszywy kryształ jest stopniem i obciążony całym ciężarem ciała wytrzyma! No i do tego jeszcze dochodzi jeszcze ekspozycja. A ta jak wiadomo nie


jednego już pogięła. W końcu co innego wisieć 20 metrów nad ziemią i robić strzał do chwytu, a co innego robić trudne przechwyty mając 500 metrów


powietrza pod nogami. Zwłaszcza, gdy w dole widać jedynie piargi oraz tafle Morskiego Oka. Wydawało mi się, że nigdy nie będę na to gotowy.



Ten sezon Tatrzański zaczął się jednak inaczej niż zwykle. Kontuzja palca spowodowała, że dużo mniej myślałem o wiszeniu na chwytotablicy, zapinaniu małych


krawądek i wspinaniu w skałach a dużo bardziej skupiałem się na odciążeniu kontuzjowanej dłoni. Priorytet stanowiła technika a wspinanie w górach było


jedynie odskocznią, która pozwalała mi jakoś przetrwać kontuzję. I mimo, że w dalszym ciągu ani mi się śniły trudności większe niż VII, to jakoś konsekwentnie


z wyjazdu na wyjazd, podnosiłem swoją poprzeczkę i parłem systematycznie do przodu. A co najważniejsze, bez nadwyrężania palca!



Z Dawidem, na temat Supraty nieśmiało rozmawiałem już rok wcześniej. Jednak nigdy nie potrafiliśmy dograć żadnego terminu i nic z tego nie wyszło. Z resztą z


perspektywy czasu i wydaje mi się, że nawet lepiej, że tak wyszło, bo wtedy nie byłem chyba jeszcze na nią gotowy.



Tym razem było inaczej... w końcu udało nam się umówić a ja dodatkowo miałem nadzieję, że może nam się udać!



Cały tydzień był zwariowany. Masa pracy, brak czasu oraz dużo obowiązków... a do tego wszystkiego bardzo mało snu. W sumie tydzień jak każdy inny, z tą


tylko różnicą, że teraz w harmonogramie pojawiły się jeszcze Tatry.



Normalnie przed wyjazdem mam zwyczaj, że wszystkie rzeczy pakuję do auta wcześniej. Dzięki temu, gdy zadzwoni budzik łatwiej się ze wszystkim ogarnąć.


Po prostu "wstaję i wychodzę". Tym razem jednak zrobiłem inaczej. Chcąc zaoszczędzić chwilę czasu na sen, postanowiłem, że zabiorę się ze wszystkim po


przebudzeniu. I to, jak się później okazało był błąd...



Telefon pokazał godzinę 1:30, gdy zadzwonił budzik. 2 i pół godziny snu - szaleństwo! Kawiarka, łazienka, ciuchy i wyszedłem do auta.


Godzina 2:00 a ja jestem już w garażu. Aby uniknąć ewentualnego problemu, podczas zmiany auta, od razu dosypuje sobie magnezji i dolewam wody. W końcu


zamykam bagażnik i ruszam. Jedzie się całkiem dobrze. Ulice są praktycznie puste. 2 w nocy. W końcu kto normalny jeździ o tej godzinie po Krakowie?



Gdy docieram na miejsce spotkania Dawid już na mnie czeka. Otwieram jego bagażnik i pakuję swój plecak do środka. W tym momencie widząc jedną żyłę jego


Genesisa, czuje się jak trafiony piorunem. Coś tu nie gra... Wracam do swojego bagażnika i... nie ma lin. Wcześniej umawialiśmy się, że każdy z nas weźmie po


jednej żyle, ale na wszelki wypadek zabrałem dwie. Teraz nie miałem żadnej.



Po chwili namysłu uświadomiłem sobie co się stało... Aby zwolnić ręce, podczas otwierania bagażnika, położyłem na chwilę obie liny na dachu auta, a po tym,


jak skupiłem się na dolewaniu wody i dosypaniu magnezji, kompletnie o nich zapomniałem...



Wku... sięgało zenitu. Byłem taki zły i bezradny, że nie wiedziałem co robić. Godzina 3:00 w nocy. Nawet nie ma do kogo o tej porze zadzwonić. Wracać też


nie było już sensu. Jedyne co mogłem w tej chwili zrobić to napisać post na FB i liczyć na to, że jakimś dziwnym trafem, liny zdążyły spaść w garażu, albo,


że zaopiekował się nimi któryś sąsiad.



Po chwili namysłu, wspólnie stwierdziliśmy, że nasza dzisiejsza droga, w sumie nie jest aż taka długa i być może uda nam się ją przejść na jednej żyle złożonej


w pół. To była jedyna opcja. I tak wsiedliśmy do auta i powoli ruszyliśmy w kierunku Tatr.



Na Palenicę dotarliśmy około godziny 4. Poranek tego dnia był dosyć rześki toteż nie zwalniając kroku dosyć szybko wystartowaliśmy w stronę Mnicha.



Mimio chłodnego poranka, pogoda tego dnia zapowiadała się super. Piękne błękitne niebo i słońce w pełni. Trochę wiało, ale w słońcu mimo było bardzo


sympatycznie.



Pod Mnichem standardowo przyszedł czas na śniadanie a później odrobinę luksusu w postaci świeżo parzonej kawy!



"A man doesn't go to drink coffee after climbing, coffee is integral part of the climbing" - Wolfgang Gullich



W końcu jednak przyszedł czas związania się liną.



W tym momencie, ktoś mógłby powiedzieć "panowie, zabłądziliście"... ktoś inny znowu mógłby stwierdzić "ładnie, dołożyliście sobie trudności i świetny startowy


wyciąg!" Pomijając już fakt jak i dlaczego tak się stało, wspinanie tego dnia rozpoczęliśmy pierwszym wyciągiem Rokokowej Kokoty. A jako, że dla Dawida był to


pierwszy wyjazd w sezonie w Tatry, ja postanowiłem prowadzić jako pierwszy.



Wyciąg pierwszy VIII | Efemeryczna Rysa.



Ruszam. Z wygodnej półki bez problemu udaje zrobić pierwsze wpinki. Rysa jest na tyle komfortowa, że palce jak i buty siadają w niej idealnie. Biorąc pod


uwagę miejsce naszego startu, oraz złożoną na pół linę (jedną) to tylko plus. Zdecydowanie zwiększyło to moje poczucie komfortu.



Trudności zaczynają się wyżej. Po paru metrach rysa robi się wątła i trzeba przestawić się na wspinanie w rajbungu! Nie ma mowy o przegrzaniu tego na


rękach. Jest za trudno. Albo ja jestem na to za słaby. Tak czy siak nie znajduje innej możliwości.



Jedyną opcją wydaje się podejście slabem wyżej i kontynuowanie wspinaczki rysą. Jednak, aby się do niej dostać potrzebny jest odpowiedni stopień. A jedyny


jaki mi pasuje, nie dość, że jest wysoko, to jeszcze jest słaby a w dodatku jakoś "nienaturalnie" z boku. Nie dostrzegam jednak innej możliwości. To jedyne co


wydaje się zadziałać.



Wrzucam ręce wysoko do rysy i zacieram w niej palce tak mocno jak tylko potrafię. To musi być ruch na 100%. Podchodzę trochę na tarcie i skręcając się


mocno w lewo, wrzucam nogę tak wysoko na stopień. But siadł. Połowa sukcesu za mną. Teraz trzeba tylko jeszcze z niego wstać i gotowe. Akurat ten ruch


przychodzi mi bez problemu. Własnie dla takich akcji trenuje przysiady na jednej nodze! Stopień wytrzymuje. Staję na nim całym ciężarem swojego ciała i


sięgam wysoko do rysy. Wpinka! Dalej już jakby łatwiej. Kilka prężnych ruchów, kilka kolejnych wpinek. W zasadzie bez problemu wychodzę z rysy i kolejnym


slabem docieram do stanowiska.



Udało się. VIII OS. Jednak przyznaję, była to zdecydowanie najtrudniejsza rysa jaką miałem okazję się do tej pory wspinać! Nogawka nie raz mi zafalowała!


Solidna rzecz!



Przewiązuję się i zjeżdżam. Czas na mojego partnera. Teraz Dawid!



Na stanowisku przygód ciąg dalszy. Podczas ściągania liny, ta niestety blokuje się w rysie i nie chce nawet drgnąć. Początkowo próbujemy z nią walczyć...


jednak bez powodzenia. Nie ma wyjścia. Dawid decyduje się na prowadzenie na jednej żyle.



Żartując na stanowisku, dodaje Dawidowi otuchy przypominając mu słowa Tommyego Caldwella, który podczas przejścia The Dawn Wall powiedział, że


"liny strzelają tylko na filmach". A on przecież i tak nie zamierzał odpadać!



Dawid wystartował podobnie jak ja i bez zawahania przeszedł pierwsze trudności. Z resztą wiem jak dobrze się wspina, także zdziwiłbym się, gdyby było


inaczej. Crux mimo, że czujny, również nie przytrzymał go na dłużej. Przeszedł go w prawdzie zupełnie inaczej, jednak również od strzału i również bez


odpadnięcia. Kolejne ruchy w rysie zdecydowanie premiowały wysokich, dlatego nawet w tym miejscu nie zatrzymał się na dłużej. Sprawnie doszedł do stanu


po czym ściągnął mnie do siebie.



Wyciąg drugi VIII




Zmiana. Teraz rozpoczynał Dawid. Rozgrzany już pierwszym wyciągiem, ponownie ruszył bardzo pewnie. Bez problemu pokonał trudności przewieszonego


zacięcia, po czym wszedł w trawers. Wykonując kolejne ruchy, rzucił tylko "o... tu chyba zaczyna się curx"! Z dołu jednak tak nie wyglądało. A już na pewno


nie obserwując jego wspinanie! Nadal poruszał się bardzo pewnie. Zrobił kilka kroków i już znajdował się parę metrów dalej. Właściwe trudności zdawały się


dopiero zaczynać. Brak chwytów. Brak stopni. Wejście na nogę a następnie dalej do rysy. Historia dobrze nam znana z pierwszego wyciągu.



To miejsce przytrzymało Dawida dłużej. Z góry słyszałem tylko "nic tutaj nie ma", (...) "a jeśli jest, tylko na wiarę". Jemu tej wiary teraz ewidentnie brakowało.


Nic jednak dziwnego, w końcu był to jego pierwszy raz w Tatrach po bardzo długiej przerwie. I to od razu na takiej drodze!



Znając jednak jego możliwości, zagrzewałem go z dołu do walki! Skoro przeszedł OS/Flash Efemeryczną Ryskę to z tym też na pewno sobie poradzi! Nie takie


rzeczy robił się na Jurze! Przecież to "tylko" VIII! Nie może być trudno!



I tak po chwili namysłu, Dawid zdecydował się w końcu na ruch. Odstawił daleko prawą nogę i powoli wstawał. I gdy wydawało się, że już kontroluje całą


sytuację... odpadł. Niestety "stopień nie wytrzymał". Szkoda, zwłaszcza, że był już tak blisko.



Jako, że nie było już szans na OS. Nie było również sensu się męczyć. Skrupulatnie patentując kolejne ruchy, Dawid rozwiesił wszystkie ekspresy. Doszedł


do stanu. Po czym przewiązał się i zjechał do mnie. Tym razem obyło się bez przygód z lina!



Przyszła moja kolej. Związałem się liną i ruszyłem. Początek zupełnie bez emocji. Dobre chwyty oraz dobre stopnie. Po zrobieniu Miedzykancia, taki teren


kompletnie nie był w stanie niczym mnie zaskoczyć. Wejście w trawers również nie sprawiło większych problemów. Czujnie, ale stabilnie. Dokładnie tego się


spodziewałem. Zabawa zaczęła się dopiero na wejściu do rysy...



Faktycznie brakowało dobrych stopni. Zamiast tego do wyboru było mnóstwo kryształków. Wystarczyło tylko wybrać ten najlepszy i pójść dalej. Łatwiej


powiedzieć niż zrobić.



W tym miejscu spędziłem dobrą chwilę eliminując kolejno najgorsze stopnie. I tak w końcu zdecydowałem się na ten jeden. Zanim jednak ruszyłem,


wyczyściłem dokładnie kryształek szczoteczką i podsypałem go lekko magnezją. W sumie nie wiem sam po co. Chyba tylko dla komfortu psychicznego.



Sekwencję rozpocząłem w pełni skoncentrowany. W tym miejscu nie mogłem sobie pozwolić na rozluźnienie. Chwila zawahania mogła kosztować mnie


odpadnięcie. A przecież każdy z nas chciał zachować jak najwięcej sił na kluczowy wyciąg.



Ruszyłem. Najpierw dokładka. Noga do nogi, następnie prawa daleko w bok. Obserwując kątem oka, jak czubek mojego buta coraz bardziej wygina się pod


ciężarem mojego ciała, starałem się nie tracić wiary. Miałem nadzieję, że wytrzyma i pozwoli sięgnąć mi wyżej. Cały czas kontrolując ustawienie, powoli, coraz


bardziej przenosiłem ciężar ciała na prawą nogę. W końcu powoli zacząłem z niej wstawać wykonując tym samym ruch do rysy. Udało się. Stojąc na małym


wymagnezjowanym kryształku trzymałem już rysy. Mogłem na chwilę odetchnąć.



Kolejne ruchy przychodziły już naturalnie. Klinowanie butów i dalekie sięgnięcia do klinów lub chwytów na palce. Było nieźle. Aż do końca rysy.



Obserwując z dołu wcześniejszą próbę Dawida, miałem wrażenie, że w tutaj trudności już się kończą. Zapomniałem jednak o jego parametrze. A znajdowałem


się teraz w miejscu, w którym wzrost zdecydowanie się przydawał.



Cała zabawa polegała teraz na odstawieniu nogi daleko w lewo i sięgnięciu jeszcze dalej do odciągu. Dodatkowo cały ruch należało zsynchronizować z


wypuszczeniem ryski z prawej ręki. W teorii łatwo, w praktyce jak zawsze... wiedziałem już też, że nie jestem w stanie wykonać tego ruchu tak jak partner. Na


takie numery jestem za krótki. Po raz kolejny musiałem wymyślić swój patent.



Przed wykonaniem trawersu chciałem zrobić jeszcze wpinkę. Nie wiele jednak brakło a przy wyciąganiu liny bym odpadł. W porę jednak udało się opamiętać


unikając tym samym lotu.


Dawid obserwując to wszystko z dołu, dopingował mnie tylko słowami "Olej to! Idź dalej! Zrobisz ją później". Nie było wyjścia. Trzeba było posłuchać


partnera!



I tak, aby sięgnąć lewego odciągu, wymyśliłem chyba najfajniejszy patent na całej drodze. Stojąc z rękami w pozycji za piętnaście trzecia, dołożyłem wysoko


do prawej ręki nogę i odpychając się nią lekko zacząłem przeważać się w lewo. W końcu odpuściłem prawą rękę i tak przytrzymując się stopą wewnętrznej


krawędzi rysy, udało mi się sięgnąć lewego odciągu. Teraz jeszcze tylko szybkie spięcie i czujny trawers w lewo. Na szczęście tym razem już z dobrego chwytu.



Udało się. Po raz kolejny znajdowałem się przy stanie. Zachwycony pięknym wspinaniem oraz niebanalnymi ruchami, przewiązałem się przez HMS i zjechałem


do Dawida. Jego kolej.



"Second go" w jego wykonaniu było czystą egzekucja. Tak powinno wyglądać przejście RP. Od razu widać, że wszystkie patenty dobrane przy pierwszej próbie,


działały idealnie. W zasadzie bez momentu zawahania przeszedł wszystkie trudności. Tak to się robi!



Teraz miało zacząć się najlepsze. Kluczowy wyciąg. Ponoć w końcu wyciąg po chwytach!



Wyciąg trzeci IX-




Ostatni wyciąg w końcu oferował inne wspinanie. W odróżnieniu od dwóch poprzednich, brak rys i wspinanie po chwytach. Fajny powietrzny filarek. Nie dość, że


wyglądało super, to jeszcze łatwo! A przynajmniej z początku. Bald na starcie a później pewnie już łatwo do końca. Taki był plan!



Tym razem moja kolej. Pierwsze ekspresy rozwiesiłem bez najmniejszego problemu. Jedna dłuższa, druga krótsza. Oczywiście nie miało to żadnego znaczenia.


Ewentualny lot i tak byłby w powietrze. Psychicznie jednak poprawiało to zdecydowanie mój komfort. Następnie od razu przyszła pora na przewieszenie i


zdecydowane ruchy. Nie było tu czasu na patentowanie. Przynajmniej nie w mojej obecnej formie. To powinien być zdecydowany ruch.



I tak wchodząc co chwilę w sekwencję, niby wiedziałem co trzeba zrobić i gdzie sięgnąć, a mimo to nic nie chciało grać. Wszystkie chwyty zdawały się działać


nie w tą stronę co trzeba. W rzeczywistości było dużo trudniej niż wyglądało to z dołu.



Podchodziłem do startu kilka razy. Łapałem dobrych chwytów i już myślałem, że odstawiając nogę na stopień uda mi się sięgnąć wyżej, jednak wcale tak


nie było. Nie mogłem jednak krążyć tak w nieskończoność. Trzeba było w końcu ruszyć zdecydowanie.


I tak realizując z góry założony plan, wziąłem głęboki oddech i ruszyłem. Przechodząc na kant, najpierw zawisłem na jednej ręce, dołożyłem nogę i sięgając


słabego chwytu, przestrzeliłem wyżej. Zdobyłem kolejne metry, ale prało mnie jak szmatę. Ewidentnie coś szło nie tak. Trzymając już dobrej klamy, zrobiłem


wpinkę... jednak chwilę później odpadłem... Szkoda. A miało być tak łatwo!



Wisząc na linie planowałem kolejne ruchy. Jednak gdy ruszyłem po bloku wcale nie było łatwiej. Filarek w tym miejscu nadal był przewieszony a, mimo, że


wydawało mi się, że wiem, co powinienem zrobić, nie bardzo miałem odwagę kleić kolejne ruchy. Niby był jakiś podchwyt, odciąg, wysoki stopień, ale


kompletnie nie miałem pojęcia jak się z tego wydostać. Zwłaszcza, że teraz znowu trzeba było odważnie przewinąć się na drugą stronę.



Jednak podobnie jak poprzednio, tak i tym razem nie mogłem tu siedzieć w nieskończoność. Albo w górę, albo w dół! Wziąłem w końcu głęboki oddech i


zebrałem się w sobie. Słaba półeczka na ręce, dokładka, noga gdzieś na kant i przewinięcie na drugą stronę. Wpinka! Co dalej? Dla odmiany rysa! Znalazłem


się w jakiejś dziwnej pozycji. Ręka przy nodze... i nie bardzo wiedziałem co dalej.



Nie chciałem po raz kolejny brać bloku, dlatego w tym miejscu mocno kombinowałem. Wiedziałem, że na prowadzeniu na pewno będę sprany, dlatego lepiej za


patentować to miejsce na zmęczeniu, niż na świeżości po bloku. To powinno pomóc. Przynajmniej taka miałem nadzieję.



Po chwili kombinowania wreszcie udało mi się wymyślić patent. Nie było łatwo ani prawdopodobnie nie było nawet optymalnie, ale działało. Napięty jak struna,


korzystając ze stopni, jedynie na tarcie, podchodziłem coraz wyżej używając tylko kantu skały. Było ciężko, ale dało się. Nie potrafiłem znaleźć niczego innego.


Pozostawało tylko pytanie, czy da się to zrobić w ciągu?



Zaraz po przewinięciu za kant i wejściu na tarcie, dało się chwilę odsapnąć i złapać oddech. Do pokonana pozostawała jeszcze tylko jeszcze słabo urzeźbiona,


wywieszająca się w góry płytka. Tutaj nie mogło już być trudno! W końcu na topo, jak się później okazało, ten fragment został wyceniony na V (!). Szkoda,


tylko, że nie wiedziałem tego wcześniej...



Podchodząc coraz to wyżej do kolejnej plakietki, ulokowanej stosunkowo wysoko (!), podczas mantli, prawdopodobnie wyjechała mi noga. W sumie ciężko


powiedzieć co się stało, bo jedyne co zapadło mi w pamięci to to jak spadając oglądałem swoje nogi lecące powyżej głowy. Śmieszna sprawa...



Najgorsze co mogłem zrobić to czekać... Z resztą słyszałem kiedyś od starszych kolegów, że lot do 15 metrów to przysiad! Otrzepałem się jednak szybko


i nie rozwodząc się specjalnie nad tym co się stało ruszyłem ponownie. Tym razem już czujniej i pewniej. Doszedłem do poprzedniego miejsca i wpiąłem


ekspres. Dalej już po dobrych odciągach, hacząc piętę doszedłem do stanu.



Zjeżdżając na dół miałem bardzo mieszane uczucia co do tego czy uda mi się to zrobić. Po pierwsze ciąg na początku giął mnie równo. Ciekaw byłem czy uda mi


się go wytrzymać. Po drugie, czy aby wszystko na pewno pamiętam? Zjeżdżając w dół do Dawida starałem się utrwalić w pamięci jak najlepiej każdy wykonany


ruch.



W końcu zjechałem. Liny starczyło idealnie. Ponowie się przewiązaliśmy i ruszył Dawid.



Podobnie jak ja, wpiął linę w dwa pierwsze ekspresy. O ile wcześniej wydawało mi się, że dół, ze względu na swój wzrost przegrzeje szybko, to również go


przytrzymało. Po bloku ogarnął jednak turbo patent, dzięki, któremu w zasadzie bez problemu wyszedł wyżej. Wywinięcie za kant, również nie było dla niego


łatwe. Finalnie poszło mu dużo sprawniej niż mi, jednak na pewno nie bez problemu. Największe trudności jednak sprawił mu "trawers" po kancie. Używając


jedynie stopni na tarcie należało wejść wyżej. Był to zdecydowanie najtrudniejszy dla niego moment wspinaczki. Nie było tu miejsca na rozluźnienie. Złe


ustawienie od razu powodowało wyplucie i lot.



Dawid kombinował na wiele sposobów. Próbował z piętą, bez pięty, przy użyciu samych chwytów i słabych stopni... jednak nic nie chciało specjalnie działać.


Żaden znaleziony przez niego patent nie dawał 100% szans powodzenia a każda kolejna próba niestety wysysała go z sił... Po kilku próbach postanowił


odpuścić. Nie widział szansy powodzenia. Przynajmniej nie teraz. Szkoda... jednak po cichu miałem nadzieję, że odpocznie i mimo wszystko odda przynajmniej


jeszcze jedną próbę!



Pomimo wczesnej godziny, w ścianie robiło się coraz zimniej. Słońce sięgało w prawdzie zenitu, jednak w miejscu w którym się teraz znajdowaliśmy, szczyt


rzucał na nas coraz większy cień. To jednak jeszcze jakoś wytrzymywaliśmy. Najgorszy był jednak wiatr. Ten wysysał z nas całą energię i chęć do działania.


Oczywiście mieliśmy ze sobą ciepłe ubrania, ale te znajdowały się w plecaku pod startem drogi. Gdy zaczynaliśmy się wspinać było ciepło! W duchu


dziękowałem tylko Bogu, że nie popełniłem błędu i nie wspinałem się w krótkich spodenkach. A tak planowałem na początku.



Na stanie posiadaliśmy tylko jedną wiatrówkę oraz jedną parę rękawiczek. Wymienialiśmy się nimi podczas prowadzenia. Szczęście w nieszczęściu, ale lepsze


to niż nic.



Nadeszła w końcu moja kolej. Dawid na zachętę rzucił tylko "ściągaj to Marcin i spadamy stąd. Jest zimno!". Wtedy było jasne, że następnej próby już nie


oddam. Teraz albo wcale. Z resztą szczerze mówiąc, przez ten wiatr, nawet teraz nie miałem specjalnej ochoty się wspinać. Nie było jednak wyjścia, ktoś


musiał to ściągnąć.



Powolnie związałem się liną. Zrobiłem prowizoryczną rozgrzewkę, po czym przekazałem Dawidowi kurtkę i rękawiczki.



Zaczęło się. Podobnie jak za pierwszym razem, dwie pierwsze wpinki bez problemu. Zabawa dopiero się zaczynała! Korzystając z podpowiedzi partnera,


postanowiłem spróbować jego patentu. Wchodząc coraz bardziej na kant, dołożyłem piętę do ręki i sięgnąłem do "turbo dobrego ścisku". O ile patent z piętą był


klasa, o tyle ścisk był daleko poza moją strefą komfortu. Przez chwilę pomyślałem nawet "kur... jakie to jest słabe!" ale było jednak miejsca na poprawkę.


Spiąłem się mocniej i ruszyłem dalej. Krawądka, poprawka i znowu wysoko. Ruch miał być za darmo. Niestety taki nie był. Jednak udało się. Pierwszy bald za


mną. Teraz zostało "tylko" wywinięcie się za kant.



Tu również przeszło mi przez myśl, aby spróbować patentu Dawida. Po chwili jednak poczułem się na tyle niekomfortowo, że od razu odpuściłem i zanim było


za późno od razu wróciłem do swojego pomysłu. Nie był moment na testy! Podobnie jak podczas pierwszej próby przewinąłem się za kancik, zrobiłem wpinkę i


doszedłem do rysy. Kilka czujnych ruchów i zaliczyłem kolejne wpinki. Znowu przyszła pora na kolejny bald.



Ciąg trudności w tej próbie wydał mi się trochę mniejszy. Mimo to, nadal się działo. Wiedziałem jednak, że w tym miejscu nie mogę długo restować. Wiatr na to


nie pozwalał. Powoli zaczynałem też tracić czucie w palcach. Nienaturalna pozycja oraz przewieszenie wysysała ze mnie powoli resztkę sił. W dodatku czekał


mnie teraz najmniej powtarzalny ruch na całej drodze.



Próbowałem wrócić pamięcią do poprzedniego przejścia. Odstawiłem szeroko nogę i zacząłem czujną sekwencję. Ręka za kant, prawa nogą na mikro "stopień",


skrętka i dokładka. Głęboki wdech, spięcie całego ciała i dalej kantem wyżej. Zamiana nóg, przeniesienie ciężaru na prawą nogę i znowu po kancie kilka


prężnych przechwytów. Trochę lepsze chwyty i kolejna wpinka. Nawet ok!


Wiedziałem jednak, że koniec jest bliski. Przestałem już czuć czy i czego trzymam. To jednak i tak nie miało znaczenia. W tym miejscu nie było czasu na


poprawkę. To musiało być na 100%. Sięgnąłem zdecydowanie lewą ręką wyżej po czym wrzuciłem wysoko prawą nogę. Nie miałem już siły. Musiałem to zrobić


precyzyjnie. Kontrolując cały czas ustawienie buta, powoli zacząłem wchodzić na nogę. Na szczęście wszystko zagrało. Tarcie działało a ja znalazłem się


już w łatwym terenie.



W momencie gdy postanowiłem chwilę odpocząć, po głowie zaczęły krążyć mi standardowe myśli "tylko teraz tego nie spierd...". W końcu znajdowałem się


przed miejscem, z którego kilkanaście minut wcześnie poleciałem. Tym razem tego błędu nie mogłem popełnić! Złapałem kilku słabszych chwytów, po czym


podszedłem na tarcie parę kroków wyżej. Wrzuciłem wysoko nogę i w pełni skupiony przeniosłem na nią cały ciężar. Z tego miejsca mogłem sięgnąć już do


dobrego chwytu. Trzymając się poziomej rysy, wpiąłem linę w ekspres i dotarło do mnie, że teraz, nie da się już tego "spier..ć" :-) Ostatnie ruchy do stanu


robiłem z uśmiechem na ustach. Wesołe zginanie w dachu po turbo chwytach. Haczenie piety nad głową i chwilę później wpiąłem line do stanu.


Bang! Mamy to! Second go!



Z góry upewniłem się tylko jeszcze czy, aby Dawid na pewno nie chce spróbować jeszcze raz. Byłem gotowy marznąć, tylko po to, by mógł spróbować jeszcze


raz. Dawid odpowiedział jednak z dołu "jest za zimno, ściągaj to i spadamy!". Nie zostało mi więc nic innego jak przewiązać się przez stanowisko i zebrać


wszystkie nasze ekspresy.



Po zjechaniu pod ścianę, przerwę zrobiliśmy sobie dopiero na kamieniach pod klasyczną. W końcu mogliśmy się trochę rozluźnić i skorzystać z ciepłych promieni


słońca. Wywiało nas konkretnie.




Tym razem 12 kilometrowy powrót do auta minął nam bardzo szybko. Rozmowy o wspinaniu, kolejnych celach i o życiu :-) skutecznie umilały powrót. I mimo,


że wiedziałem, że jutro będę znowu dymał tym samym znienawidzonym asfaltem na tabor, to i tak było fajnie.



Wracając do Krakowa, cały czas rozmyślałem o tym, czy uda mi się odzyskać liny. Może jednak ktoś je znalazł? Może odłożył na "miejsce"? O ile wiedziałem już


z FB, że jedną zgarnął sąsiad o tyle słuch o drugiej zaginął. Miałem nadzieję, że być może wyleciała już w garażu i czeka na mnie na miejscu.



Niestety myliłem się. Jak się później okazało z monitoringu, czerwona lina Mamuta wyjechała ze razem mną na dachu poza bramy osiedla. Tak więc... jedna


żyła odeszła na zawsze w zapomnienie a ja tym dostałem nauczkę, aby nigdy, ale to przenigdy nie używać dachu auta jako "schowka". Nawet na chwilę,


zwłaszcza po 2 i pół godzinie snu.



Pomijając jednak straty finansowe, był zajebiście fajny i dobrze spędzony dzień! W końcu pieniądze to nie wszystko a w życiu liczą się tylko chwile!