Saturday, 13 July 2019

Mnichowa kolekcja. Kant Hakowy VII


Ledwo co wróciłem z Superaty, a na drugi dzień już szykował się kolejny wyjazd. Tym razem tabor KW Kraków! Jechać? Nie jechać? Mój odwieczny dylemat!



W czwartek, zaraz po powrocie, ani mi się śniło wracać. W końcu 25 km w nogach, nieprzespana noc oraz ciężkie wspinanie zrobiło niezłe spustoszenie w moim


organizmie. Jednak kiedy przyszedł piątek a na horyzoncie pojawiła się szansa na dobrą pogodę... moje nastawienie uległo lekkiej zmianie.



I tak o godzinie 16.00, wspólnie z wesoła ekipą, przekonany, że jednak dobrze robię (!), siedziałem już w aucie zmierzając w stronę Palenicy. Gdzie popełniłem


błąd? Do dziś się zastanawiam :-)



Wieczór na taborze, mimo naprawdę licznej reprezentacji KW Kraków, przebiegł nad wyraz spokojnie! Wszyscy nastawili się na wspinanie. Był warun, był


spręż, trzeba było cisnąć! Ja sam, zmielony po poprzednim dniu, o 23 leżałem już zawinięty w śpiwór. Miałem nadzieję, przynajmniej trochę zregenerować siły.



Rano ze względu na warunki, część zespołów weryfikowała swoje plany. My natomiast, wspólnie z Krzysztofem, swojej decyzji zmieniać nie zamierzaliśmy. Ja


nadal zmęczony. Z drugiej strony Krzysztof jeszcze nie rozwspinany. Słowem zespół idealny! Nasz plan zakładał fajne wspinanie przy jak najmniejszej ilości


chodzenia. Mnich! To było oczywiste! A droga? "Najpiękniejszy ciąg rys", "wzór VII" trudności" o niebywałej "urodzie 5/5". Tego dnia szliśmy na Kant Hakowy!.


Drogę, która z wielu względów, od dawna znajdowała się na szczycie mojej listy 'to-do'.


Krzysztof na końcu pierwszego wyciągu


I szczerze przyznaję, że wybór jak i sama reklama była trafiona w 100% Wspinanie było ekstra począwszy od początku do samego końca. Na tej drodze


znajduje się chyba dosłownie wszystko!


Pierwszy wyciąg świetny, choć jednak w moim odczuciu mocny. Wycena V+ zdecydowanie z górnej granicy.



Drugi wyciąg to już prawdziwa tatrzańska ekstraklasa. Zacięcie, rysa oraz techniczne ustawienia z klinami na palce. Onieśmielał mnie za każdym razem, gdy


obserwowałem go z dołu. Podczas prowadzania okazało się, że słusznie, bo trudności mimo, że VII-kowe, to przytrzymały mnie na dłużej i... mocno przemieliły.


Techniczny crux dobitnie sprowadził mnie na ziemię i pokazał jak mało jeszcze umiem. W prawdzie udało mi się to przegrzać OS-em, ale wszystko było na


granicy lotu.




Do asekuracji w dziurach na pewno przydadzą się mikro (!) friendy. Mi x4 cruxie siadły idealnie. DB x4 offset 0.2/0.3 siadł na tyle dobrze, że mało brakowało,


a został by już tam na stałe! Warto tylko nie przesadzać z przelotami, bo można sobie wyeliminować najlepsze chwyty na palce.



Po trzecim wyciągu nie spodziewałem się już za wiele. Zwłaszcza mając w pamięci wspinanie, jakiś czas temu, na Międzykanciu, kiedy to po jednym ładnym


wyciągu przyszła pora na kolejny, o którym jak najszybciej chciałem zapomnieć. Tym razem okazało się jednak zupełnie inaczej. KH oferował świetne wspinanie


do samego końca. I pomimo, że crux na trzecim wyciągu z bliska wyglądał "banalnie", to w moim odczuciu wycena VII/- wcale nie wzięła się z kapelusza! Jest


tam naprawdę co robić!


górne półki Mnichowe na wesoło! :-)


Na Górne Półki Mnichowych chciałem wydostać się jeszcze Rysą Kopczyńskich, ta jednak jak zwykle była mokra.



Gdy zjechaliśmy pod ścianę niestety zrobiło się już bardzo zimno. Na tyle, że powoli przechodziła nam ochota na wspinanie. Wcześniejszy plan zakładał jeszcze


przynajmniej Andromedę, ale finalnie nie chciało nam się tak daleko iść, więc z czystej przyzwoitości zrobiliśmy jeszcze pierwszy wyciąg Rokokowej Kokoty VII.




Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że byłem już mocno zmęczony, bo wyciąg nie specjalnie mnie zachwycił. Początkowa rysa była mocno zabrudzona i zarośnięta


trawą. W dodatku wydawało mi się, że plakietki były mocno od siebie oddalone, co w połączeniu z bardzo technicznymi ruchami odbierało mi radość ze


wspinana. Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że start Efemeryczną Rysą, był zdecydowanie lepszym i ładniejszym wariantem do Rokokowej Kokoty. Co


każdemu szczerze polecam!



Po dojściu do stanowiska spotkaliśmy jeszcze jeden zespół, który patentował drugi wyciąg, także nie pozostało nam nic innego jak zjechać pod ścianę i zebrać


się z powrotem na tabor.



Jako, że niedziela miała być deszczowa, ja po powrocie do namiotu spakowałem się i zszedłem na parking. Reszta natomiast została na miejscu z nadzieją, na


słoneczny drugi dzień. Niestety ten plan nie do końca wypalił... chociaż na uwagę zasługuję fakt, że Krzysiek z Bartkiem, tego dnia zdążyli jeszcze zrobić


American Beauty!



Friday, 12 July 2019

Superata Młodości IX- na Mnichu | "Synu, jest całkiem trudno!"


Z góry ostrzegam wszystkich purystów. OS alert! ;-)


Rok 2018 był rokiem, na który przypadała 15 rocznica pierwszego prowadzenia dróg Metallica IX+ oraz Superata Młodości IX- na Mnichu. W ramach tej rocznicy


udało mi się wtedy zorganizować, w piwnicy klubu KW Kraków, spotkanie z dwoma współautorami pierwszego powtórzenia obu tych dróg.



Andrzej i Piotrek opowiadali wtedy o historii związanej ze ścianami Mnicha. O ogromie pracy jaki włożyli w doprowadzenie skały do użytku. O ilości godzin


spędzonych na linach ze szczotkami, młotkami czy łomami. Opowiadali również o wytyczaniu nowych dróg a także o wspinaniu jak i samym "treningu".



Spotkanie było świetne. "Stare" klimatyczne zdjęcia prezentowane przez Andrzeja, w połączeniu z niebanalną narracją Szalonego, robiły ogromne wrażenie.


Mimo upływu 15 lat, w ich głosach, nadal czuć było pasję a słuchając ich opowieści można było na chwilę odpłynąć i poczuć klimat tamtych lat.



Kto wtedy nie był nie był i tego nie słyszał niech żałuje. Zwłaszcza, że nie często się zdarza, aby chłopaki występowali publicznie razem.



Tak czy inaczej końcówka spotkania zakończyła się puentą w stylu "(...) a teraz idźcie i próbujcie swoich sił. Granit jest lity, wręcz alpejskiej jakości. Drogi są


świetne i bezpieczne, także nic tylko napierać!".



Jednak mimo, że ze spotkania wyszedłem naładowany energia jak PowerBank po nocy spędzonej w gniazdku, to ani mi się nawet śniło o próbowaniu takich


trudności. A już na pewno nie w górach!



Oczywiście IX- na Jurze nie stanowi już raczej dla nikogo specjalnego wyzwania. Jednak w górach? Przecież tam to zupełnie inna bajka. Zupełnie inny rodzaj


skały. Zupełnie inne chwyty oraz inny styl wspinania. Siła tylko przeszkadza. Mocny faker może głównie służyć do dłubania w nosie a nie do wyjścia z trudnego


miejsca. W Tatrach głównie liczy się technika i dobra praca na stopniach. Chociaż chyba... częściej od dobrej pracy na stopniach liczy się wiara w to, że ten


mały, parszywy kryształ jest stopniem i obciążony całym ciężarem ciała wytrzyma! No i do tego jeszcze dochodzi jeszcze ekspozycja. A ta jak wiadomo nie


jednego już pogięła. W końcu co innego wisieć 20 metrów nad ziemią i robić strzał do chwytu, a co innego robić trudne przechwyty mając 500 metrów


powietrza pod nogami. Zwłaszcza, gdy w dole widać jedynie piargi oraz tafle Morskiego Oka. Wydawało mi się, że nigdy nie będę na to gotowy.



Ten sezon Tatrzański zaczął się jednak inaczej niż zwykle. Kontuzja palca spowodowała, że dużo mniej myślałem o wiszeniu na chwytotablicy, zapinaniu małych


krawądek i wspinaniu w skałach a dużo bardziej skupiałem się na odciążeniu kontuzjowanej dłoni. Priorytet stanowiła technika a wspinanie w górach było


jedynie odskocznią, która pozwalała mi jakoś przetrwać kontuzję. I mimo, że w dalszym ciągu ani mi się śniły trudności większe niż VII, to jakoś konsekwentnie


z wyjazdu na wyjazd, podnosiłem swoją poprzeczkę i parłem systematycznie do przodu. A co najważniejsze, bez nadwyrężania palca!



Z Dawidem, na temat Supraty nieśmiało rozmawiałem już rok wcześniej. Jednak nigdy nie potrafiliśmy dograć żadnego terminu i nic z tego nie wyszło. Z resztą z


perspektywy czasu i wydaje mi się, że nawet lepiej, że tak wyszło, bo wtedy nie byłem chyba jeszcze na nią gotowy.



Tym razem było inaczej... w końcu udało nam się umówić a ja dodatkowo miałem nadzieję, że może nam się udać!



Cały tydzień był zwariowany. Masa pracy, brak czasu oraz dużo obowiązków... a do tego wszystkiego bardzo mało snu. W sumie tydzień jak każdy inny, z tą


tylko różnicą, że teraz w harmonogramie pojawiły się jeszcze Tatry.



Normalnie przed wyjazdem mam zwyczaj, że wszystkie rzeczy pakuję do auta wcześniej. Dzięki temu, gdy zadzwoni budzik łatwiej się ze wszystkim ogarnąć.


Po prostu "wstaję i wychodzę". Tym razem jednak zrobiłem inaczej. Chcąc zaoszczędzić chwilę czasu na sen, postanowiłem, że zabiorę się ze wszystkim po


przebudzeniu. I to, jak się później okazało był błąd...



Telefon pokazał godzinę 1:30, gdy zadzwonił budzik. 2 i pół godziny snu - szaleństwo! Kawiarka, łazienka, ciuchy i wyszedłem do auta.


Godzina 2:00 a ja jestem już w garażu. Aby uniknąć ewentualnego problemu, podczas zmiany auta, od razu dosypuje sobie magnezji i dolewam wody. W końcu


zamykam bagażnik i ruszam. Jedzie się całkiem dobrze. Ulice są praktycznie puste. 2 w nocy. W końcu kto normalny jeździ o tej godzinie po Krakowie?



Gdy docieram na miejsce spotkania Dawid już na mnie czeka. Otwieram jego bagażnik i pakuję swój plecak do środka. W tym momencie widząc jedną żyłę jego


Genesisa, czuje się jak trafiony piorunem. Coś tu nie gra... Wracam do swojego bagażnika i... nie ma lin. Wcześniej umawialiśmy się, że każdy z nas weźmie po


jednej żyle, ale na wszelki wypadek zabrałem dwie. Teraz nie miałem żadnej.



Po chwili namysłu uświadomiłem sobie co się stało... Aby zwolnić ręce, podczas otwierania bagażnika, położyłem na chwilę obie liny na dachu auta, a po tym,


jak skupiłem się na dolewaniu wody i dosypaniu magnezji, kompletnie o nich zapomniałem...



Wku... sięgało zenitu. Byłem taki zły i bezradny, że nie wiedziałem co robić. Godzina 3:00 w nocy. Nawet nie ma do kogo o tej porze zadzwonić. Wracać też


nie było już sensu. Jedyne co mogłem w tej chwili zrobić to napisać post na FB i liczyć na to, że jakimś dziwnym trafem, liny zdążyły spaść w garażu, albo,


że zaopiekował się nimi któryś sąsiad.



Po chwili namysłu, wspólnie stwierdziliśmy, że nasza dzisiejsza droga, w sumie nie jest aż taka długa i być może uda nam się ją przejść na jednej żyle złożonej


w pół. To była jedyna opcja. I tak wsiedliśmy do auta i powoli ruszyliśmy w kierunku Tatr.



Na Palenicę dotarliśmy około godziny 4. Poranek tego dnia był dosyć rześki toteż nie zwalniając kroku dosyć szybko wystartowaliśmy w stronę Mnicha.



Mimio chłodnego poranka, pogoda tego dnia zapowiadała się super. Piękne błękitne niebo i słońce w pełni. Trochę wiało, ale w słońcu mimo było bardzo


sympatycznie.



Pod Mnichem standardowo przyszedł czas na śniadanie a później odrobinę luksusu w postaci świeżo parzonej kawy!



"A man doesn't go to drink coffee after climbing, coffee is integral part of the climbing" - Wolfgang Gullich



W końcu jednak przyszedł czas związania się liną.



W tym momencie, ktoś mógłby powiedzieć "panowie, zabłądziliście"... ktoś inny znowu mógłby stwierdzić "ładnie, dołożyliście sobie trudności i świetny startowy


wyciąg!" Pomijając już fakt jak i dlaczego tak się stało, wspinanie tego dnia rozpoczęliśmy pierwszym wyciągiem Rokokowej Kokoty. A jako, że dla Dawida był to


pierwszy wyjazd w sezonie w Tatry, ja postanowiłem prowadzić jako pierwszy.



Wyciąg pierwszy VIII | Efemeryczna Rysa.



Ruszam. Z wygodnej półki bez problemu udaje zrobić pierwsze wpinki. Rysa jest na tyle komfortowa, że palce jak i buty siadają w niej idealnie. Biorąc pod


uwagę miejsce naszego startu, oraz złożoną na pół linę (jedną) to tylko plus. Zdecydowanie zwiększyło to moje poczucie komfortu.



Trudności zaczynają się wyżej. Po paru metrach rysa robi się wątła i trzeba przestawić się na wspinanie w rajbungu! Nie ma mowy o przegrzaniu tego na


rękach. Jest za trudno. Albo ja jestem na to za słaby. Tak czy siak nie znajduje innej możliwości.



Jedyną opcją wydaje się podejście slabem wyżej i kontynuowanie wspinaczki rysą. Jednak, aby się do niej dostać potrzebny jest odpowiedni stopień. A jedyny


jaki mi pasuje, nie dość, że jest wysoko, to jeszcze jest słaby a w dodatku jakoś "nienaturalnie" z boku. Nie dostrzegam jednak innej możliwości. To jedyne co


wydaje się zadziałać.



Wrzucam ręce wysoko do rysy i zacieram w niej palce tak mocno jak tylko potrafię. To musi być ruch na 100%. Podchodzę trochę na tarcie i skręcając się


mocno w lewo, wrzucam nogę tak wysoko na stopień. But siadł. Połowa sukcesu za mną. Teraz trzeba tylko jeszcze z niego wstać i gotowe. Akurat ten ruch


przychodzi mi bez problemu. Własnie dla takich akcji trenuje przysiady na jednej nodze! Stopień wytrzymuje. Staję na nim całym ciężarem swojego ciała i


sięgam wysoko do rysy. Wpinka! Dalej już jakby łatwiej. Kilka prężnych ruchów, kilka kolejnych wpinek. W zasadzie bez problemu wychodzę z rysy i kolejnym


slabem docieram do stanowiska.



Udało się. VIII OS. Jednak przyznaję, była to zdecydowanie najtrudniejsza rysa jaką miałem okazję się do tej pory wspinać! Nogawka nie raz mi zafalowała!


Solidna rzecz!



Przewiązuję się i zjeżdżam. Czas na mojego partnera. Teraz Dawid!



Na stanowisku przygód ciąg dalszy. Podczas ściągania liny, ta niestety blokuje się w rysie i nie chce nawet drgnąć. Początkowo próbujemy z nią walczyć...


jednak bez powodzenia. Nie ma wyjścia. Dawid decyduje się na prowadzenie na jednej żyle.



Żartując na stanowisku, dodaje Dawidowi otuchy przypominając mu słowa Tommyego Caldwella, który podczas przejścia The Dawn Wall powiedział, że


"liny strzelają tylko na filmach". A on przecież i tak nie zamierzał odpadać!



Dawid wystartował podobnie jak ja i bez zawahania przeszedł pierwsze trudności. Z resztą wiem jak dobrze się wspina, także zdziwiłbym się, gdyby było


inaczej. Crux mimo, że czujny, również nie przytrzymał go na dłużej. Przeszedł go w prawdzie zupełnie inaczej, jednak również od strzału i również bez


odpadnięcia. Kolejne ruchy w rysie zdecydowanie premiowały wysokich, dlatego nawet w tym miejscu nie zatrzymał się na dłużej. Sprawnie doszedł do stanu


po czym ściągnął mnie do siebie.



Wyciąg drugi VIII




Zmiana. Teraz rozpoczynał Dawid. Rozgrzany już pierwszym wyciągiem, ponownie ruszył bardzo pewnie. Bez problemu pokonał trudności przewieszonego


zacięcia, po czym wszedł w trawers. Wykonując kolejne ruchy, rzucił tylko "o... tu chyba zaczyna się curx"! Z dołu jednak tak nie wyglądało. A już na pewno


nie obserwując jego wspinanie! Nadal poruszał się bardzo pewnie. Zrobił kilka kroków i już znajdował się parę metrów dalej. Właściwe trudności zdawały się


dopiero zaczynać. Brak chwytów. Brak stopni. Wejście na nogę a następnie dalej do rysy. Historia dobrze nam znana z pierwszego wyciągu.



To miejsce przytrzymało Dawida dłużej. Z góry słyszałem tylko "nic tutaj nie ma", (...) "a jeśli jest, tylko na wiarę". Jemu tej wiary teraz ewidentnie brakowało.


Nic jednak dziwnego, w końcu był to jego pierwszy raz w Tatrach po bardzo długiej przerwie. I to od razu na takiej drodze!



Znając jednak jego możliwości, zagrzewałem go z dołu do walki! Skoro przeszedł OS/Flash Efemeryczną Ryskę to z tym też na pewno sobie poradzi! Nie takie


rzeczy robił się na Jurze! Przecież to "tylko" VIII! Nie może być trudno!



I tak po chwili namysłu, Dawid zdecydował się w końcu na ruch. Odstawił daleko prawą nogę i powoli wstawał. I gdy wydawało się, że już kontroluje całą


sytuację... odpadł. Niestety "stopień nie wytrzymał". Szkoda, zwłaszcza, że był już tak blisko.



Jako, że nie było już szans na OS. Nie było również sensu się męczyć. Skrupulatnie patentując kolejne ruchy, Dawid rozwiesił wszystkie ekspresy. Doszedł


do stanu. Po czym przewiązał się i zjechał do mnie. Tym razem obyło się bez przygód z lina!



Przyszła moja kolej. Związałem się liną i ruszyłem. Początek zupełnie bez emocji. Dobre chwyty oraz dobre stopnie. Po zrobieniu Miedzykancia, taki teren


kompletnie nie był w stanie niczym mnie zaskoczyć. Wejście w trawers również nie sprawiło większych problemów. Czujnie, ale stabilnie. Dokładnie tego się


spodziewałem. Zabawa zaczęła się dopiero na wejściu do rysy...



Faktycznie brakowało dobrych stopni. Zamiast tego do wyboru było mnóstwo kryształków. Wystarczyło tylko wybrać ten najlepszy i pójść dalej. Łatwiej


powiedzieć niż zrobić.



W tym miejscu spędziłem dobrą chwilę eliminując kolejno najgorsze stopnie. I tak w końcu zdecydowałem się na ten jeden. Zanim jednak ruszyłem,


wyczyściłem dokładnie kryształek szczoteczką i podsypałem go lekko magnezją. W sumie nie wiem sam po co. Chyba tylko dla komfortu psychicznego.



Sekwencję rozpocząłem w pełni skoncentrowany. W tym miejscu nie mogłem sobie pozwolić na rozluźnienie. Chwila zawahania mogła kosztować mnie


odpadnięcie. A przecież każdy z nas chciał zachować jak najwięcej sił na kluczowy wyciąg.



Ruszyłem. Najpierw dokładka. Noga do nogi, następnie prawa daleko w bok. Obserwując kątem oka, jak czubek mojego buta coraz bardziej wygina się pod


ciężarem mojego ciała, starałem się nie tracić wiary. Miałem nadzieję, że wytrzyma i pozwoli sięgnąć mi wyżej. Cały czas kontrolując ustawienie, powoli, coraz


bardziej przenosiłem ciężar ciała na prawą nogę. W końcu powoli zacząłem z niej wstawać wykonując tym samym ruch do rysy. Udało się. Stojąc na małym


wymagnezjowanym kryształku trzymałem już rysy. Mogłem na chwilę odetchnąć.



Kolejne ruchy przychodziły już naturalnie. Klinowanie butów i dalekie sięgnięcia do klinów lub chwytów na palce. Było nieźle. Aż do końca rysy.



Obserwując z dołu wcześniejszą próbę Dawida, miałem wrażenie, że w tutaj trudności już się kończą. Zapomniałem jednak o jego parametrze. A znajdowałem


się teraz w miejscu, w którym wzrost zdecydowanie się przydawał.



Cała zabawa polegała teraz na odstawieniu nogi daleko w lewo i sięgnięciu jeszcze dalej do odciągu. Dodatkowo cały ruch należało zsynchronizować z


wypuszczeniem ryski z prawej ręki. W teorii łatwo, w praktyce jak zawsze... wiedziałem już też, że nie jestem w stanie wykonać tego ruchu tak jak partner. Na


takie numery jestem za krótki. Po raz kolejny musiałem wymyślić swój patent.



Przed wykonaniem trawersu chciałem zrobić jeszcze wpinkę. Nie wiele jednak brakło a przy wyciąganiu liny bym odpadł. W porę jednak udało się opamiętać


unikając tym samym lotu.


Dawid obserwując to wszystko z dołu, dopingował mnie tylko słowami "Olej to! Idź dalej! Zrobisz ją później". Nie było wyjścia. Trzeba było posłuchać


partnera!



I tak, aby sięgnąć lewego odciągu, wymyśliłem chyba najfajniejszy patent na całej drodze. Stojąc z rękami w pozycji za piętnaście trzecia, dołożyłem wysoko


do prawej ręki nogę i odpychając się nią lekko zacząłem przeważać się w lewo. W końcu odpuściłem prawą rękę i tak przytrzymując się stopą wewnętrznej


krawędzi rysy, udało mi się sięgnąć lewego odciągu. Teraz jeszcze tylko szybkie spięcie i czujny trawers w lewo. Na szczęście tym razem już z dobrego chwytu.



Udało się. Po raz kolejny znajdowałem się przy stanie. Zachwycony pięknym wspinaniem oraz niebanalnymi ruchami, przewiązałem się przez HMS i zjechałem


do Dawida. Jego kolej.



"Second go" w jego wykonaniu było czystą egzekucja. Tak powinno wyglądać przejście RP. Od razu widać, że wszystkie patenty dobrane przy pierwszej próbie,


działały idealnie. W zasadzie bez momentu zawahania przeszedł wszystkie trudności. Tak to się robi!



Teraz miało zacząć się najlepsze. Kluczowy wyciąg. Ponoć w końcu wyciąg po chwytach!



Wyciąg trzeci IX-




Ostatni wyciąg w końcu oferował inne wspinanie. W odróżnieniu od dwóch poprzednich, brak rys i wspinanie po chwytach. Fajny powietrzny filarek. Nie dość, że


wyglądało super, to jeszcze łatwo! A przynajmniej z początku. Bald na starcie a później pewnie już łatwo do końca. Taki był plan!



Tym razem moja kolej. Pierwsze ekspresy rozwiesiłem bez najmniejszego problemu. Jedna dłuższa, druga krótsza. Oczywiście nie miało to żadnego znaczenia.


Ewentualny lot i tak byłby w powietrze. Psychicznie jednak poprawiało to zdecydowanie mój komfort. Następnie od razu przyszła pora na przewieszenie i


zdecydowane ruchy. Nie było tu czasu na patentowanie. Przynajmniej nie w mojej obecnej formie. To powinien być zdecydowany ruch.



I tak wchodząc co chwilę w sekwencję, niby wiedziałem co trzeba zrobić i gdzie sięgnąć, a mimo to nic nie chciało grać. Wszystkie chwyty zdawały się działać


nie w tą stronę co trzeba. W rzeczywistości było dużo trudniej niż wyglądało to z dołu.



Podchodziłem do startu kilka razy. Łapałem dobrych chwytów i już myślałem, że odstawiając nogę na stopień uda mi się sięgnąć wyżej, jednak wcale tak


nie było. Nie mogłem jednak krążyć tak w nieskończoność. Trzeba było w końcu ruszyć zdecydowanie.


I tak realizując z góry założony plan, wziąłem głęboki oddech i ruszyłem. Przechodząc na kant, najpierw zawisłem na jednej ręce, dołożyłem nogę i sięgając


słabego chwytu, przestrzeliłem wyżej. Zdobyłem kolejne metry, ale prało mnie jak szmatę. Ewidentnie coś szło nie tak. Trzymając już dobrej klamy, zrobiłem


wpinkę... jednak chwilę później odpadłem... Szkoda. A miało być tak łatwo!



Wisząc na linie planowałem kolejne ruchy. Jednak gdy ruszyłem po bloku wcale nie było łatwiej. Filarek w tym miejscu nadal był przewieszony a, mimo, że


wydawało mi się, że wiem, co powinienem zrobić, nie bardzo miałem odwagę kleić kolejne ruchy. Niby był jakiś podchwyt, odciąg, wysoki stopień, ale


kompletnie nie miałem pojęcia jak się z tego wydostać. Zwłaszcza, że teraz znowu trzeba było odważnie przewinąć się na drugą stronę.



Jednak podobnie jak poprzednio, tak i tym razem nie mogłem tu siedzieć w nieskończoność. Albo w górę, albo w dół! Wziąłem w końcu głęboki oddech i


zebrałem się w sobie. Słaba półeczka na ręce, dokładka, noga gdzieś na kant i przewinięcie na drugą stronę. Wpinka! Co dalej? Dla odmiany rysa! Znalazłem


się w jakiejś dziwnej pozycji. Ręka przy nodze... i nie bardzo wiedziałem co dalej.



Nie chciałem po raz kolejny brać bloku, dlatego w tym miejscu mocno kombinowałem. Wiedziałem, że na prowadzeniu na pewno będę sprany, dlatego lepiej za


patentować to miejsce na zmęczeniu, niż na świeżości po bloku. To powinno pomóc. Przynajmniej taka miałem nadzieję.



Po chwili kombinowania wreszcie udało mi się wymyślić patent. Nie było łatwo ani prawdopodobnie nie było nawet optymalnie, ale działało. Napięty jak struna,


korzystając ze stopni, jedynie na tarcie, podchodziłem coraz wyżej używając tylko kantu skały. Było ciężko, ale dało się. Nie potrafiłem znaleźć niczego innego.


Pozostawało tylko pytanie, czy da się to zrobić w ciągu?



Zaraz po przewinięciu za kant i wejściu na tarcie, dało się chwilę odsapnąć i złapać oddech. Do pokonana pozostawała jeszcze tylko jeszcze słabo urzeźbiona,


wywieszająca się w góry płytka. Tutaj nie mogło już być trudno! W końcu na topo, jak się później okazało, ten fragment został wyceniony na V (!). Szkoda,


tylko, że nie wiedziałem tego wcześniej...



Podchodząc coraz to wyżej do kolejnej plakietki, ulokowanej stosunkowo wysoko (!), podczas mantli, prawdopodobnie wyjechała mi noga. W sumie ciężko


powiedzieć co się stało, bo jedyne co zapadło mi w pamięci to to jak spadając oglądałem swoje nogi lecące powyżej głowy. Śmieszna sprawa...



Najgorsze co mogłem zrobić to czekać... Z resztą słyszałem kiedyś od starszych kolegów, że lot do 15 metrów to przysiad! Otrzepałem się jednak szybko


i nie rozwodząc się specjalnie nad tym co się stało ruszyłem ponownie. Tym razem już czujniej i pewniej. Doszedłem do poprzedniego miejsca i wpiąłem


ekspres. Dalej już po dobrych odciągach, hacząc piętę doszedłem do stanu.



Zjeżdżając na dół miałem bardzo mieszane uczucia co do tego czy uda mi się to zrobić. Po pierwsze ciąg na początku giął mnie równo. Ciekaw byłem czy uda mi


się go wytrzymać. Po drugie, czy aby wszystko na pewno pamiętam? Zjeżdżając w dół do Dawida starałem się utrwalić w pamięci jak najlepiej każdy wykonany


ruch.



W końcu zjechałem. Liny starczyło idealnie. Ponowie się przewiązaliśmy i ruszył Dawid.



Podobnie jak ja, wpiął linę w dwa pierwsze ekspresy. O ile wcześniej wydawało mi się, że dół, ze względu na swój wzrost przegrzeje szybko, to również go


przytrzymało. Po bloku ogarnął jednak turbo patent, dzięki, któremu w zasadzie bez problemu wyszedł wyżej. Wywinięcie za kant, również nie było dla niego


łatwe. Finalnie poszło mu dużo sprawniej niż mi, jednak na pewno nie bez problemu. Największe trudności jednak sprawił mu "trawers" po kancie. Używając


jedynie stopni na tarcie należało wejść wyżej. Był to zdecydowanie najtrudniejszy dla niego moment wspinaczki. Nie było tu miejsca na rozluźnienie. Złe


ustawienie od razu powodowało wyplucie i lot.



Dawid kombinował na wiele sposobów. Próbował z piętą, bez pięty, przy użyciu samych chwytów i słabych stopni... jednak nic nie chciało specjalnie działać.


Żaden znaleziony przez niego patent nie dawał 100% szans powodzenia a każda kolejna próba niestety wysysała go z sił... Po kilku próbach postanowił


odpuścić. Nie widział szansy powodzenia. Przynajmniej nie teraz. Szkoda... jednak po cichu miałem nadzieję, że odpocznie i mimo wszystko odda przynajmniej


jeszcze jedną próbę!



Pomimo wczesnej godziny, w ścianie robiło się coraz zimniej. Słońce sięgało w prawdzie zenitu, jednak w miejscu w którym się teraz znajdowaliśmy, szczyt


rzucał na nas coraz większy cień. To jednak jeszcze jakoś wytrzymywaliśmy. Najgorszy był jednak wiatr. Ten wysysał z nas całą energię i chęć do działania.


Oczywiście mieliśmy ze sobą ciepłe ubrania, ale te znajdowały się w plecaku pod startem drogi. Gdy zaczynaliśmy się wspinać było ciepło! W duchu


dziękowałem tylko Bogu, że nie popełniłem błędu i nie wspinałem się w krótkich spodenkach. A tak planowałem na początku.



Na stanie posiadaliśmy tylko jedną wiatrówkę oraz jedną parę rękawiczek. Wymienialiśmy się nimi podczas prowadzenia. Szczęście w nieszczęściu, ale lepsze


to niż nic.



Nadeszła w końcu moja kolej. Dawid na zachętę rzucił tylko "ściągaj to Marcin i spadamy stąd. Jest zimno!". Wtedy było jasne, że następnej próby już nie


oddam. Teraz albo wcale. Z resztą szczerze mówiąc, przez ten wiatr, nawet teraz nie miałem specjalnej ochoty się wspinać. Nie było jednak wyjścia, ktoś


musiał to ściągnąć.



Powolnie związałem się liną. Zrobiłem prowizoryczną rozgrzewkę, po czym przekazałem Dawidowi kurtkę i rękawiczki.



Zaczęło się. Podobnie jak za pierwszym razem, dwie pierwsze wpinki bez problemu. Zabawa dopiero się zaczynała! Korzystając z podpowiedzi partnera,


postanowiłem spróbować jego patentu. Wchodząc coraz bardziej na kant, dołożyłem piętę do ręki i sięgnąłem do "turbo dobrego ścisku". O ile patent z piętą był


klasa, o tyle ścisk był daleko poza moją strefą komfortu. Przez chwilę pomyślałem nawet "kur... jakie to jest słabe!" ale było jednak miejsca na poprawkę.


Spiąłem się mocniej i ruszyłem dalej. Krawądka, poprawka i znowu wysoko. Ruch miał być za darmo. Niestety taki nie był. Jednak udało się. Pierwszy bald za


mną. Teraz zostało "tylko" wywinięcie się za kant.



Tu również przeszło mi przez myśl, aby spróbować patentu Dawida. Po chwili jednak poczułem się na tyle niekomfortowo, że od razu odpuściłem i zanim było


za późno od razu wróciłem do swojego pomysłu. Nie był moment na testy! Podobnie jak podczas pierwszej próby przewinąłem się za kancik, zrobiłem wpinkę i


doszedłem do rysy. Kilka czujnych ruchów i zaliczyłem kolejne wpinki. Znowu przyszła pora na kolejny bald.



Ciąg trudności w tej próbie wydał mi się trochę mniejszy. Mimo to, nadal się działo. Wiedziałem jednak, że w tym miejscu nie mogę długo restować. Wiatr na to


nie pozwalał. Powoli zaczynałem też tracić czucie w palcach. Nienaturalna pozycja oraz przewieszenie wysysała ze mnie powoli resztkę sił. W dodatku czekał


mnie teraz najmniej powtarzalny ruch na całej drodze.



Próbowałem wrócić pamięcią do poprzedniego przejścia. Odstawiłem szeroko nogę i zacząłem czujną sekwencję. Ręka za kant, prawa nogą na mikro "stopień",


skrętka i dokładka. Głęboki wdech, spięcie całego ciała i dalej kantem wyżej. Zamiana nóg, przeniesienie ciężaru na prawą nogę i znowu po kancie kilka


prężnych przechwytów. Trochę lepsze chwyty i kolejna wpinka. Nawet ok!


Wiedziałem jednak, że koniec jest bliski. Przestałem już czuć czy i czego trzymam. To jednak i tak nie miało znaczenia. W tym miejscu nie było czasu na


poprawkę. To musiało być na 100%. Sięgnąłem zdecydowanie lewą ręką wyżej po czym wrzuciłem wysoko prawą nogę. Nie miałem już siły. Musiałem to zrobić


precyzyjnie. Kontrolując cały czas ustawienie buta, powoli zacząłem wchodzić na nogę. Na szczęście wszystko zagrało. Tarcie działało a ja znalazłem się


już w łatwym terenie.



W momencie gdy postanowiłem chwilę odpocząć, po głowie zaczęły krążyć mi standardowe myśli "tylko teraz tego nie spierd...". W końcu znajdowałem się


przed miejscem, z którego kilkanaście minut wcześnie poleciałem. Tym razem tego błędu nie mogłem popełnić! Złapałem kilku słabszych chwytów, po czym


podszedłem na tarcie parę kroków wyżej. Wrzuciłem wysoko nogę i w pełni skupiony przeniosłem na nią cały ciężar. Z tego miejsca mogłem sięgnąć już do


dobrego chwytu. Trzymając się poziomej rysy, wpiąłem linę w ekspres i dotarło do mnie, że teraz, nie da się już tego "spier..ć" :-) Ostatnie ruchy do stanu


robiłem z uśmiechem na ustach. Wesołe zginanie w dachu po turbo chwytach. Haczenie piety nad głową i chwilę później wpiąłem line do stanu.


Bang! Mamy to! Second go!



Z góry upewniłem się tylko jeszcze czy, aby Dawid na pewno nie chce spróbować jeszcze raz. Byłem gotowy marznąć, tylko po to, by mógł spróbować jeszcze


raz. Dawid odpowiedział jednak z dołu "jest za zimno, ściągaj to i spadamy!". Nie zostało mi więc nic innego jak przewiązać się przez stanowisko i zebrać


wszystkie nasze ekspresy.



Po zjechaniu pod ścianę, przerwę zrobiliśmy sobie dopiero na kamieniach pod klasyczną. W końcu mogliśmy się trochę rozluźnić i skorzystać z ciepłych promieni


słońca. Wywiało nas konkretnie.




Tym razem 12 kilometrowy powrót do auta minął nam bardzo szybko. Rozmowy o wspinaniu, kolejnych celach i o życiu :-) skutecznie umilały powrót. I mimo,


że wiedziałem, że jutro będę znowu dymał tym samym znienawidzonym asfaltem na tabor, to i tak było fajnie.



Wracając do Krakowa, cały czas rozmyślałem o tym, czy uda mi się odzyskać liny. Może jednak ktoś je znalazł? Może odłożył na "miejsce"? O ile wiedziałem już


z FB, że jedną zgarnął sąsiad o tyle słuch o drugiej zaginął. Miałem nadzieję, że być może wyleciała już w garażu i czeka na mnie na miejscu.



Niestety myliłem się. Jak się później okazało z monitoringu, czerwona lina Mamuta wyjechała ze razem mną na dachu poza bramy osiedla. Tak więc... jedna


żyła odeszła na zawsze w zapomnienie a ja tym dostałem nauczkę, aby nigdy, ale to przenigdy nie używać dachu auta jako "schowka". Nawet na chwilę,


zwłaszcza po 2 i pół godzinie snu.



Pomijając jednak straty finansowe, był zajebiście fajny i dobrze spędzony dzień! W końcu pieniądze to nie wszystko a w życiu liczą się tylko chwile!



Saturday, 15 June 2019

Mnich - Międzymiastowa VI+ | Rysa Marcisza VII- | Międzykancie VII

Patrząc na prognozy na zbliżający się weekend do głowy przychodziło mi tylko jedno słowo - PIEKŁO! Bo jak można inaczej nazwać temperaturę sięgającą 35*C


w cieniu?



Po ostatniej wizycie, na Pochylcu, jedno również było pewne. Na Jurze, w takich warunkach wspinać się po prostu nie da. Z resztą to co robię przy obecnym


stanie mojego palca, ciężko nawet nazwać wspinaniem... Wybór mógł być tylko jeden. Po roku przerwy czas wrócić w Tatry!



Szybki e-mail do Krzycha...


- Krzychu, chcesz jechać w Tatry?


- Przecież wiesz, że ja zawsze jestem chętny na Tatry :-)



No to jedziemy. Pytanie tylko gdzie?



Pomysłów jak to zwykle bywa było wiele. W zasadzie do samego końca nie mogliśmy się zdecydować. Prognozy również nie pomagały. Trzeba było jednak


postawić kropkę nad i i podjąć męska decyzję. Skoro chcemy się rozwspinać i powspinać a nie spędzić całego dnia na podejściu... jedziemy na Mnicha!



Czas podejścia, jakość granitu, ilość wspinania a także mnogość wariantów w połaczeniu z trudnościami jakie oferuje ta skałka, jest jednak nie do podrobienia.


Na początek sezonu powinno być idealnie!



Międzymiastowa.



Jedna z największych klasyków na Mnichu. Według Damiana / drytooling.com.pl uroda 5/5. Jedna z najładniejszych VI-tek w całych Tatrach. W dodatku przez



zrobiona wszystkich moich znajomych. Także jeśli nie teraz to kiedy? Robimy!



Rozpoczynając wspinanie, nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać. Różne myśli krążyły mi po głowie. Zastanawiałem się, czy aby na pewno palec nie


będzie mi przeszkadzać? W dodatku jak to będzie w tym granicie? Czy przypomnę sobie szybko "jak to się robiło"? W końcu rok mnie nie było. Odpowiedź na te


pytania mogłem uzyskać tylko w jeden sposób. Wspinając się. Z resztą VI+... to przecież nie może być trudne.






I tak w zasadzie przez pierwsze dwa wyciągi prowadzę mocno kwadratowo. Nieufnie, powoli, ale cały czas stabilnie do góry. Odciągi, kliny butów a chwilami


nawet dłoni - szok i niedowierzanie! Na V? Na szczęście techniki wspinaczkowe prezentowane przez Wide Boyz na YouTube nie odeszły w zapomnienie! Powoli


wszystko zaczęło do mnie wracać!






Mimo, iż początek Międzymiastowej wyceniany jest tylko V/V+ to w moim odczuciu jest to stosunkowo solidna wycena. Podobne wrażanie miał chyba z resztą


gość, który wbił się w drogę po nas i odpadł w połowie pierwszego wyciągu. A ponoć chciał tego dnia próbować równie swoich sił na Wachowiczu :-)




fot. Krzychu


Ostatni wyciąg i kluczowe trudności całej trasy (wyceniane "tylko" na VI/+) również wydały mi się solidne. O ile asekuracja w tym miejscu jest pancerna a


chwyty głębokie, że rękę można chować aż po łokieć, to jednak chwilę zajęło mi rozgryzienie optymalnych patentów i pokonanie cruxa.



fot. Krzychu


Finalnie obyło się bez chwili zawahania, ale... utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że granit rządzi się swoimi prawami a technika gra tutaj pierwsze skrzypce.





Ściągnięcie do siebie Krzycha chwile zajmuje. Niestety przedarcie się przez trudności okazuje się dla niego dużym wyzwaniem. Na pierwszy rzut oka widać, że


musiał przegapić filmy Toma Randalla i spółki, a rysowe VI+ to zdecydowanie nie jest to co lubi robić najbardziej. Ale, żeby wspinać się dobrze w rysach, trzeba


wspinać się w rysach!






Chcąc dać mu chwilę na złapanie oddechu, sugeruję przejście na półki w prawo. Tam, być może spróbuję wyjść wyżej Rysą Marcisza a on będzie miał chwilę


na odpoczynek.




Rysa Marcisza specjalnie mnie nie zachęcała. Szczerze mówiąc trochę stojąc pod startem czułem się lekko poddenerwowany i onieśmielony. Obawiałem się,


że mogę nie dać rady. I co wtedy? W prawdzie w tym roku podczas pobytu w Hiszpanii poprowadziłem dwie, wyceniane na 7b+, 40 metrowy rysy (OS), ale


mimo to uważam, że wspinając się w rysach jestem trochę jak ten mem z psem siedzącym przed komputerem "I have no idea what I'm doing"! Ponadto tamte


rysy były całkowicie obite. Tutaj natomiast musiałem zachować odpowiedni zapas a asekurację zapewnić sobie sam.



Na szczęście (chyba) poprzednie wyciągi dobrze mnie rozgrzały, dzięki czemu całość przechodzę pewnie i bez chwili zawahania. Palce w rysie siadały idealnie.


Podobnie z resztą jak asekuracja.





Kiedyś na taborze, "ktoś" mi powiedział, że rysa jest mocno przereklamowana i nie tak ładna jak mówią ;-) Kompletnie się z tym nie zgadzam. Wspinanie super


estetyczne a same ruchy genialne - 5/5. Zdecydowanie warte polecania! Z tego co pamiętam Paweł rok temu również był zachwycony.




Do asekuracji polecam zabrać set małych kości - siadają idealnie. My większość swoich zostawiliśmy w aucie, przez co asekurować głównie musiałem się z BD



X4 + X4 offset.




Na drugą drogę tego dnia planowałem Kant Hakowy. Niestety jednak był zajęty. Krzychu nie wyrażał również specjalnych chęci na przerywnik w postaci


Andromedy, dlatego nie chcąc ruszać się z miejsca, wybór mógł być tylko jeden. Międzykancie.




Podbudowany i rozgrzany poprzednim wspinaniem, tym razem startuje bardziej pewny siebie. Niby trudności rosną, bo teraz to już "pełne" VII, no, ale to też


nie może być przecież trudne! Nie takie rzeczy robiłem na Jurze.




Mimo, że z dołu zacięcie wygląda na pionowe, to im wyżej jestem tym bardziej czuje jak mnie wypluwa. Chwytów brak, stopnie jakby pochowane. Wszystko


czego mogę trzymać to chwyty pochowane w rysie a stopnie jedynie po wewnętrznej stronie "zacięcia".




Po raz kolejny okazuje się, że siła w tym miejscu kompletnie nie ma znaczenia. Może trochę pomaga, gdy kilkukrotnie wylatują mi nogi i wiszę na samych


rękach... ale kluczem do sukcesu jest tylko technika, dobra praca na nogach i poprawne ustawienie.




W cruxie spędzam dobre kilka minut. Rozglądam się wszędzie szukając jak najlepszego ustawienia. Niby widzę, do czego trzeba ruszyć, ale kompletnie nie


grają mi stopnie... W końcu jednak rest przestaje być restem a mnie wybiera coraz bardziej. Czas na podjęcie męskiej decyzji... Ruszam do chwytu. Sięgam


wysoko lewą ręką i ponownie zostaję na samych rękach. Wylatują mi nogi. Niestety bezskutecznie szukam dla nich jakiegoś oparcia. Przez chwilę udaje mi się


utrzymać pozycję, ale brak jakiegokolwiek pomysłu "co dalej" powoduje, że w końcu odpadam.



Chwilę odpoczywam, po czym próbuję ponownie. Wracam do miejsca restowego i staram się ogarnąć odpowiednią sekwencję. Tym razem łapię już chwyt w


lepszym miejscu, lekko na wiarę staję na tarcie i wychodzę wyżej. Nadal jest dosyć czujnie, ale przynajmniej wszystko gra.



Decyzja może być tylko jedna. Dół. Chwila przerwy i powrót! :-)



Druga próba jest już dużo lepsza. Tym razem pewnie i bez momentu zawahania. Czysta egzekucja. Wszystko się zgadza. Bez problemu przechodzę cruxa


i spokojnie dochodzę do stanu.







Krzychu dociera do mnie wykończony. Widać, że VII to już dla niego za wiele. O ile wiedziałem już, że VI nie jest jego ulubioną cyfrą, to teraz


okazało się jeszcze, że VII również nią nie jest. Jednak co powalczył - nikt mu nie odbierze!



Na szczęście końcówka jest już zdecydowanie łatwiejsza i mimo, że do przejścia zostaje jeszcze czujna płyta, to drogę udaje się ukończyć.



Szczerze mówiąc mam bardzo mieszane uczucia odnośnie Międzykancia. Być może jest jeszcze za wcześnie, ale droga nie wygląda na super popularną. Na



pierwszym wyciągu znajdowało się sporo dziadostwa, przez co kilkukrotnie musiałem czyścić ręce oraz chwyty z syfu. W dodatku "asekuracja" na drugim


wyciągu wygląda na niezły żart. Ten, kto dobił jednego spita miał "dobre" poczucie humoru. Już na początku startu drugiego wyciągu, asekuracja jest mocno


wymagająca. Poniżej spita siadł mi tylko jeden offset x4. Po wpięciu liny do spita wcale nie jest lepiej. Wychodząc nad przelot również nie bardzo jest opcja


by coś dołożyć a patrząc pod nogi, wydaje mi się, że ewentualny lot grozi gruchą na półkę poniżej. Zdecydowanie wyciąg zachęca do OS-a! Z tego miejsca


zdecydowanie polecam (podobnie jak Damian) wariant wyjścia wyżej wyciągiem Folwarku Montano. W prawdzie jest trudniejszy, ale bardziej logiczny, bardziej


wspinaczkowy wspinaczkowy a do tego dobrze ubezpieczony! I o ile pierwszy wyciąg nawet mi się podobał, to drugi pozostawił po sobie mocno mieszane


uczucia...




Po zjechaniu z Międzykancia, mimo nadal młodej godziny, zmuszeni jesteśmy zakończyć naszą dzisiejszą działalność. W sumie spodziewałem się, że będę


bardziej zniszczony. 2h snu, podejście oraz cały dzień wspinania daje w kość, jednak jak się okazało, nie jest ze mną aż tak źle :-)




Pakujemy więc plecaki i powoli schodzimy do auta.




Po drodze na parking zagadują mnie jeszcze "przydrożni grzybiarze". Jak się okazało, oni również tego dnia wspinali się na Mnichu.




- hej kolego, czy to Ty wspinałeś się dzisiaj na Mnichu?


- tak, a o co chodzi?


- co to było, to co robiłeś?


- a... taka rysa, Rysa Marcisza.


- trudne? za ile?


- za VII(-)


- obite, czy wszystko na własnej?


- nie no, na własnej całość :-)


- szedłeś tak technicznie.... to była przyjemność patrzeć! dobra robota! stary, rozjebałeś ją!


(...)




i mimo, że swoje wiem (I have no idea what I'm doing), to powrót do auta od razu stał się przyjemniejszy :-) rozjebać rysę... w najgłębszych snach mi się to


nie śniło!




I mimo, że lekki niedosyt pozostał, był to zdecydowanie dobry start sezonu. Teraz jedynie trzeba poczekać na dobrą pogodę i dosłownie oraz w przenośni,


wjechać w kolejną trasę na pełnej. Oby tylko szybciej niż za rok!



Duży ukłon w stronę Krzyśka, który mimo, że do tej pory nie robił w Tatrach nic powyżej V+, wybrał się ze mną na takie drogi! I mimo, że dużo go to


kosztowało, bez narzekania cisnął w górę! Taki partner to skarb! :-)