Thursday, 31 August 2017

7 wyciągów na Kościelcu | Lobby Instruktorskie VII- | Sprężyna VI+

Plany wspinania na Kościelcu pojawimy się w mojej głowie już jakiś czas temu. Niestety brak pogody, rozwspinania czy partnera skutecznie odwlekał ten

wyjazd w czasie. W końcu nadeszło jednak dłuższe okno pogodowe, które dawało cień szansy na to, że Zachodnia Kościelca będzie w sucha a i temperatura

będzie sprzyjać wspinaniu!



Nie było się nad czym zastanawiać.

- Krzychu, jedziesz w Tatry w środę? Kościelec...

- Pisałem właśnie do kolegi czy nie chce jechać, ale, że nie odpisuje... jedziemy!


Z Krakowa wyjeżdżamy o godzinie 3:00. Parkujemy w Brzezinach, jemy szybkie śniadanie i o 5:00 już jesteśmy w drodze. Jest jeszcze ciemno. W końcu do

wschodu słońca zostało jeszcze ponad 50 min. Zastanawiam się, dlaczego ja właściwie nie zabrałem z domu czołówki?


Szczerze nienawidzę tego szlaku, jednak po roku nieobecności w tym miejscu idzie się nawet nieźle. Może dlatego, że bez czołówki nie widzę tych wszystkich

kamieni? W dobrym czasie docieramy do Murowańca. Szybki wpis w książce i ruszamy dalej na Karb.



Z odnalezieniem startu drogi nie mamy najmniejszego problemu. Idąc od Karbu, w oczy od razu rzuca się linia ringów poprowadzona od sporej nyży,


znajdującej się przy samej ścieżce.



Zegarek wybija godzinę 8:00 kiedy wbijam się w drogę. Niestety jest na tyle zimno, że pierwsze ruchy robię w rękawiczkach. Ściągam je dopiero w połowie


wyciągu, gdzie chwyty stają się "bardziej wymagające". Trudności raczej brak, jedyne czujne miejsca to te, gdzie muszę omijać kapiącą z podchwytów wodę.


trawnik na dojściu do pierwszego stanowiska


Drugi wyciąg startuje trawersem w prawo, aż do kominka. W środku dwa stare haki. Po wyjściu z komina, czujnie po trawach, parę metrów w lewo, do


widocznego stanowiska.



Krzysztof na wyjściu z kominka



Sam komin przechodzę raczej bez większych emocji. W jednym miejscu jedynie należy się tylko trochę lepiej poskładać. Krzysztofowi ta sztuka nie do końca


wychodzi, przez co w pewnym momencie "klinuje" się w środku :-D



Trzeci wyciąg to w końcu dłuższe i bardziej estetyczne wspinanie. Najpierw start płytą, następnie przejście przez "okap", aż do pionowych rys. Niestety na



dojściu do stanowiska znowu trzeba uważać na cieknąca z góry wodę.






Po dojściu do stanu, Krzychu, sugeruje, że skoro mamy w planie jeszcze jedną drogę, to woli zachować siły i nie chce pchać się w VII trudności. Proponuję


żebym szedł sam i później zjechał a on na mnie poczeka.




Tak też robimy...





Ze stanowiska czwarty wyciąg nie wygląda zachęcająco. Woda kapie praktycznie z każdego miejsca. Z resztą samo stanowisko poniżej okapów jest całe


mokre. Decyduję się jednak spróbować! W sumie głównie po to tutaj dziś przyjechałem. Zostawiam zbędne rzeczy Krzyśkowi i ruszam.



Od samego początku, nie chcąc zamoczyć butów, idę bardzo uważnie. O ile to możliwe, przed każdym postawieniem buta, dokładnie szukam suchej skały. W


ten sposób udaje mi się pokonać kilka pierwszych metrów. Problem pojawia się dopiero na dojściu do okapu. Aby go bezpiecznie przejść, trzeba przytrzymać


się podchwytu, wyjść wysoko na nogach i z tej pozycji zrobić kolejna wpinkę.


Sam podchwyt na szczęście jest suchy a chwyt bardzo komfortowy, jednak nie ma szans znaleźć suchego stopnia na nogę. Wpadam więc na pomysł osuszenia


skały magnezją! Wyciągam bryłkę z woreczka i "magnezjuje" największy stopień. Teraz szybko, póki jeszcze jest suchy, ruszam w górę. Pomijając wodę,


trudności są raczej umiarkowane. Dalej, nisko na nogach, przenoszę ciężar ciała na prawą nogę, przechodzę kawałek w bok po czym zatrzymuje się przed


płytką.


Temperatura już zdecydowanie wyższa niż na pierwszym wyciągu i wspina mi się dużo bardzo komfortowo niż wcześniej. Nie chcę jednak zlekceważyć


kluczowego wyciągu i popełnić głupiego błędu, który może kosztować mnie OS-a. Rozstawiam się więc szeroko na nogach i obmyślam plan wykonania


kolejnych przechwytów. I tak po chwili namysłu, łapię dwie najlepsze klamki, wstawiam wysoko do rysy nogę i wychodzę wyżej.


Z tego miejsca, nie licząc (znowu!) mokrych traw przed samym stanowiskiem, trudności na wyciągu już praktycznie brak. Im wyżej tym łatwiej.




Na stanie szybko się przewiązuję i zjeżdżam do Krzyśka ściągając po drodze wszystkie swoje przeloty. Później robimy jeszcze dwa zjazdy i tak w czasie


2 godziny i 15 min meldujemy się pod drogą :-)



Jako, że godzina jeszcze młoda a my pełni sił, zgodnie z planem decydujemy się na drugą drogę. Pierwotny plan zakładał wspinanie na Prawym




Dziędzielewiczu. Niestety dochodzimy do startu drogi, okazje się, że jakiś zespół dopiero zaczynam się tu wspinać. Nie chcąc więc tracić czasu, ani robić tłoku


w ścianie decydujemy się na alternatywę w postaci Sprężyny.



Mimo posiadanego mastertopo oraz opisu ze strony Damiana, mamy małe problemy ze znalezieniem startu. Po chwili dopiero udaje się nam zlokalizować


Komin Świeża a zaraz obok niego startową rysę naszej drogi.




Pierwszy wyciąg prowadzi z początku ładnym zacięciem, które w połowie przechodzi w dobrze urzeźbiona płytkę.


Krzysztof na starcie pierwszego wyciągu



Wspinanie jest bardzo przyjemne. W przeciwieństwie do Lobby, teraz znajdujemy się już w pełnym słońcu. Rękawiczki oraz bluzy zostały w plecaku pod startem

drogi!



Wyciąg drugi, wyceniony na VI/+ to już wejście w kluczowe trudności. Na starcie w oczy rzuca się od razu ogromna ilość haków wbitych na dojściu do okapu.

Jest ich na tyle dużo, że wpinam się w co drugi bojąc się, że nie wystarczy mi ekspresów do asekuracji na trawersie :-)


Po dojściu pod okap, chcąc zyskać trochę czasu i wybrać jak najbardziej optymalny wariant przejścia, ustawiam się szeroko na nogach i obserwuję znajdujące


się przede mną trudności. Szczerze mówiąc, jak na VI/+, niektóre chwyty wydają się zaskakująco małe. Szczególnie wąskie rysy w zacięciu, w których ledwo


jestem w stanie zmieścić swoje palce.


Oprócz wpięcia liny do haków, do asekuracji dorzucam jeszcze swojego Dragona 00 i ruszam dalej. Nie jest łatwo! Dodatkowo mimo, wcześniejszego


przedłużenia przelotów, odczuwam już wyraźne tarcie liny. Nie ma tu jednak specjalnie miejsca na zastanawianie się a tym bardziej na powrót. Klinując palce w


lichych ryskach i nisko na nogach idę już zdecydowanie w prawo. Dopiero pod koniec trawersu łapię już lepszej klamki na ręce i wychodzę na wygodną półkę


gdzie zakładam stan. Mimo 2 haków do stanowiska dorzucam jeszcze małą kość i jednego frienda.



Teraz czas na Krzyśka...


Krzychu popełnia błąd i całą drogę wspina się z plecakiem. Asekurowany na płytce porusza się w miarę szybko i sprawnie, jednak problemy zaczynają pojawiać


się w momencie wejścia w trawers. Wtedy plecak zaczyna mu poważnie przeszkadzać.


przed trawersem


Z dużą walką i ściągany mocno przeze mnie, Krzychu finalnie dochodzi do stanowiska bez odpadnięcia, jednak jest już wypruty z sił!


lufa na drugim wyciągu


Wyciąg trzeci startuje prosto w górę praktycznie znad stanowiska. Mimo, że zacięcie wycenione jest jedynie na IV+, to wspinanie jest rewelacyjne. Lita skała,


super chwyty i równie dobre stopnie powodują, że wspinam się cały z uśmiechem na ustach. Miła odmiana w porównaniu ze wspinaniem na mokrym Lobby :-)


akrobacje w zacięciu :-)



Po dotarciu do stanowiska rozwiązujemy się i zaczynamy zjazdy. Tutaj kolejny smaczek Sprężyny, ponieważ pierwszy zjazd pokonywany jest częściowo bez


kontaktu ze skałą!



Mimo, że godzina jest jeszcze wczesna i śmiało moglibyśmy spróbować zrobić jeszcze Dziędzielwicza, to decydujemy się jednak na powrót do Krakowa.

Krzysztof dawno się już nie wspinał i jest wykończony... A przecież trzeba jeszcze dojechać do domu!




Niestety zejście na parking do Brzezin jak zwykle jest drogą przez mękę. Już wolę chyba asfalt na zejściu z MOKa...



Co do samych dróg to zdecydowanie bardziej podobała mi się Sprężyna. Mimo, że krótka (jedynie trzy wyciągi) to jednak oferowała dużo ładniejsze wspinanie.



Brak cieknących podchwytów, brak traw na stanowiskach a do tego rewelacyjne formacje praktycznie na każdym z wyciągów. Najpierw płyta, później trawers



(zdecydowanie ciekawszy i ładniejszy niż słynny trawers Zamarłej!!) a na końcu zacięcie! No i do tego ten zjazd w lufie... Rewelacja!





Lobby natomiast wydaje mi się poprowadzone trochę na siłę. Pierwsze dwa wyciągi nie zapadną mi raczej w pamięci jako warte polecenia. Dopiero trzeci i



czwarty oferują ciekawsze wspinanie. Niestety jednak duża ilość traw, która znajduje się na drodze, zdecydowanie psuje estetykę tej linii.



Monday, 14 August 2017

La Polka du Pilier Voltigeur TD+ | 6b


Podczas śniadania Chmielu nie specjalnie wydaje się przekonany do wspinania. Nie dość, że nadal jesteśmy zmęczeni po poprzednim dniu, to tego dnia czeka


nas jeszcze zejście ponad 1200 metrów do auta...



Ostatecznie jednak udaje mi się go przekonać. ;-) ... i tak po śniadaniu, we dwójkę, ruszamy na 280 metrową La Polka du Pilier Voltigeur na pobliskiej


Aiguille Orientale du Soreiller.


Aiguille Orientale du Soreiller widoczny z Aguile du Dibona



Mimo, że mniej więcej wiemy jak przebiega droga, to znalezienie startu nie jest takie proste. Dobrą chwilę rozglądamy się w poszukiwaniu jakiegoś

charakterystycznego punktu z topo. Dopiero po kilku minutach udaje mi się wypatrzeć pierwsze stanowisko znajdujące się paręnaście metrów nad nami. Dojście


do niego to nieubezpieczony slab za ~5b, którego ostatecznie przechodzę w podejściówkach. Zdecydowanie nie jest to to, co lubię we wspinaniu najbardziej ;-)



Tego dnia mam przyjemność prowadzenia pierwszego wyciągu (6a+). "Na przebudzenie" kilka łatwych przechwytów doprowadza mnie, już po paru metrach,

do kluczowej dla wyciągu rysy. Z początku nie jestem pewny jak ją "ugryźć". Patrząc jednak na ślady magnezji, pozostawione przez chłopaków (poprzedniego


dnia), narzuca się trawers na rękach. Jednak po kilku pierwszych metrach stwierdzam, że jest zdecydowanie za trudno jak na tylko 6a+! Cofam się więc i


wychodzę trochę wyżej. I tak na nogach a nie na rękach przechodzę kluczowe trudności wyciągu.



Wyciąg drugi (V+) prowadzi Chmielu. Od pierwszych metrów widać, że po rozwspinaniu w Ailefroide, w slabie czuje się jak ryba w wodzie! Szybko przechodzi


połóg i dociera pod wyceniony na 6a okap. Tutaj z powodu mokrych chwytów i stopni na chwilę się zatrzymuje, jednak po chwili namysłu i okap sprawia mu


większych problemów.



Trzeci wyciąg (V+) to kontynuacja trawersu w lewo wyprowadzającego na dużą trawiastą półkę.




Na stanie z Chmielem przeprowadzamy szybką rozmowę na temat tego, kto idzie kluczowe trudności drogi.

- Idziesz?


- Możesz iść...


- No to idę! :-)



Wyciąg czwarty, podobnie jak trzeci, jest w dalszym ciągu trawersem w lewo. Z początku łatwo...



następnie coraz trudniej...




aż pod kluczowe trudności!



Miejsce za 6b wydaje mi się dosyć trudne. Mam nie mały problem, aby z bardzo szerokiego ustawienia, wejść na lewą nogę w zacięcie, przy użyciu tylko jednej


małej krawądki na obie ręce. Na szczęście przed ostatecznym ruchem udaje mi się trochę odpocząć, dzięki czemu mogę lepiej rozplanować swoje ruchy i


przejść ostatecznie wyciąg OS.



Sam trawers wyceniony na 6b/A0 obity jest tak, że azerowanie w tym miejscu nie powinno dla nikogo stanowić żadnego problemu. Wydaje się, że spity



rozmieszczone są tutaj gęściej niż co metr. Mi po dojściu do trudności zabrakło ekspresów, przez co musiałem wypiąć poprzedni i przepiąć go dalej.



Wyciąg piąty przejmuje ponownie Chmielu. Pokonuje dwie małe przewieszki (V+), tym razem suche, i szybko już dociera do następnego stanowiska.



Od szóstego wyciągu, teren nabiera już zdecydowanie bardziej górskiego charakteru. Wspinam się już praktycznie tylko kantem filara, mając pod nogami ponad


300 metrów powietrza. Dodatkowo nie dość, że spity osadzone tutaj bardzo "skromnie", to jeszcze jakość granitu pozostawia wiele do życzenia. Podczas


prowadzenia niektóre chwyty zmuszony jestem odkładać na miejsce ;-)





Po przejściu kilkunastu metrów dalsza droga powoli jednak przestaje mi pasować. Prowadzenie liny staje się bardziej toporne a teren przestaje przypominać


ten za V+ z topo. Dodatkowo nigdzie nie mogę znaleźć stanowiska i przewieszki za 6a. Topo wskazuje jednak konkretnie "cały czas w górę".



Moje przypuszczenia okazały się słuszne, ponieważ po kilku kolejnych metrach dochodzę do końcowego stanowiska.




* Po późniejszej konsultacji z Piotrkiem i Grześkiem, którzy wspinali się na tej drodze poprzedniego dnia, doszliśmy do wniosku, że w pewnym momencie,



trzeba było przewinąć się na prawą stronę filara i dojść do kolejnego stanowiska. My zauważyliśmy je dopiero zjeżdżając z drogi. Nie mniej z perspektywy


czasu nasz "wariant" wydał się bardziej interesujący :-)




Gdy dochodzi do mnie Maciek, stwierdzamy, że stanowisko jest na tyle "niewygodne", że przerwę zrobimy sobie dopiero pod drogą po czym od razu zaczynamy


przygotowywać się do zjazdów.


Maciek - kierownik zjazdów!


Pomimo wszystkich trawersów, które musieliśmy pokonać wspinając się, Chmielu bardzo sprawnie prowadzi zjazdy, dzięki czemu dosyć szybko docieramy do


pozostawionych na pierwszym stanie rzeczy.



Pozostaje nam już tylko rozdzielenie szpeju do plecaków i ślamazarne zejście do schroniska.

Sunday, 13 August 2017

Aguile Dibona - Visite Obligatoire 350m TD+ 6a+

Bojąc się kolejek w ścianie budzik nastawiamy na 6:00. Szybkie śniadanie, segregowanie szpeju, pakowanie plecaków i o 6:30 razem z Chmielem jesteśmy w


drodze pod ścianę. Michał dogania nas chwilę później.




Niestety mimo wczesnej godziny, nie jesteśmy pierwsi. Już na podejściu w oczy rzucają się zespoły szykujące się do wspinania. Na szczęście tylko jeden zespół


startuje naszą drogą, także ruch wspinaczkowy rozkłada się na całą ścianę.




Przed przyjazdem nasłuchałem się wielu opowieści o trudnościach, niektórych alpejskich dróg. Chcąc sprawdzić na własnej skórze jak to na prawdę jest, tego


dnia jako pierwszy zaczynam wspinanie.



Pierwszy wyciąg (6a) prowadzi ze stanowiska lekkim trawersem w lewo. Następnie przez okapik doprowadza do połogu, którym dalej do widocznego w połowie


płyty stanowiska.




* Na starcie trzeba uważać, aby nie pójść za linią spitów prosto do góry, ponieważ jest to start do drogi wycenionej za 7a.




Niestety wczesna godzina, oraz brak solidnej rozgrzewki powodują, że pierwsze ruchy mam mocno kwadratowe. Mimo, że okap nie jest trudny, to jednak


podchodzę do niego z dużym dystansem. W płytce również poruszam się bardzo ostrożnie dokładnie wyszukując kolejne stopnie.




Jest trudno, ale bez przesady. Ta myśl pozytywnie mnie nakręca przed następnymi wyciągami.




Chmielu, po dojściu do mnie, stwierdza, że teraz on chce przejąc prowadzenie i wbić się w następny wyciąg. A ponieważ cały czas depczemy po piętach


zespołowi Włoskiemu, bez problemu możemy sobie pozwolić na spokojne przewiązywanie się.



poznany dzień wcześniej francuz próbuje swoich sił na sąsiedniej drodze za 7a


Wyciąg drugi (6a) to kontynuacja wspinania w slabie. Mimo, że Chmielu prowadził bez problemu podobne trudności w Alefroide, teraz idzie mu wyraźnie


gorzej. Być może podobnie jak u mnie jest to spowodowane brakiem solidnej rozgrzewki, lub wczesną godziną, ale chwilę mu schodzi zanim odczytuje


poprawną sekwencję i dochodzi do stanowiska.




* Na drugi dzień po rozmowie z chłopaki na temat Visite Obligatoire, okazało się, że wszyscy narzekali na dosyć lotne obicie na dwóch pierwszych wyciągach.


Ja tego problemu nie odczułem, nie mniej jednak warto o tym wiedzieć.


Na trzecim wyciągu (6a) ponownie zamieniamy się z Maćkiem na prowadzeniu. Teraz w przeciwieństwie do poprzednich wyciągów, zaczynamy w końcu


wspinanie po dobrze urzeźbionej skale :-)




Wyciąg czwarty wyceniony na 6a to już wejście w czujny trawers i przejście przez okap. 

Chmielu walczy w okapie!


Tutaj prowadzenie ponownie przejmuje Chmielu. W porównaniu do poprzedniego wyciągu porusza się już dużo sprawniej. Pewnie pokonuje (nie banalny na


drugiego) okap i szybko dochodzi do stanowiska.



* Niestety ciągłe przewiązywanie się w trójkowym zespole nie należy do najbardziej komfortowych, jednak towarzyszący nam cały czas zespół Włochów wspina



się tak wolno, że możemy sobie pozwolić na dłuższe przerwy na stanowiskach.



Wyciąg piąty to już wycenione na 6a+ kluczowe trudności drogi. 


Widząc z dołu jak wspinający się przed nami Włoch "w trudnościach" prosi o blok, żartuje do Michała, czy przypadkiem on nie chce poprowadzić tego wyciągu!?

On jednak stwierdza, że "z punktu widzenia zespołu najlepiej, żebym ja go poprowadził" :-)





Lekko zaniepokojony wziętym przez Włochów blokiem, w wyciąg ruszam w pełni skoncentrowany. Systemem rys i ścisków czujnie poruszam się do góry. W


końcu docieram do miejsca, w którym blok brał Włoch. W tym miejscu robię wpinkę i idę dalej. Trawersując lekko na lewo i po paru metrach dochodzę do


kolejnego stanowiska.




Do tej pory nie wiem dlaczego Włoch wziął w tym miejscu blok.





Nie chcąc tracić czasu, wspólnie stwierdzamy, żebym prowadził również wyciąg szósty  (5c).


Nogami na tarcie, czujnie wychodzę nad stanowisko, skąd przy użyciu stosunkowo słabych chwytów przewijam się przez kant w prawo. Dalej już bez trudności


dochodzę do kolejnego stanu.



Wyciąg siódmy (5c) i ósmy oddaje już do powadzenia Michałowi. Sam korzystam z chwili przerwy i postanawiam coś zjeść :-)



Wyciąg dziewiąty (5c) przejmuje Chmielu. Łatwym terenem wchodzi do żlebu, skąd dalej zacięciem dociera na wygodną półkę z łańcuchem.






Patrząc z stanowiska, na czekające nas okapy, sugeruję, że jeśli nikt nie ma ochoty iść tego wyciągu, to ja chętnie to poprowadzę. Niestety Maciek nie daje się

przekonać i również jemu przypada prowadzenie wyciągu dziesiątego (6a). Mi nie pozostaje nic innego jak patrzeć tylko z zazdrością jak wspina się pokonując


kolejne przewieszki :-)



Michał na przewieszkach


Wyciąg jedenasty to ponownie wspinanie systemem rys. Tutaj już chcąc jak najszybciej skończyć drogę ponownie przejmuję prowadzenie. Niestety sam start

rysą nie jest banalny, co w połączeniu z tłokiem panującym na kolejnym stanowisku powoduje kolejne opóźnienia na naszej drodze.



Korzystając z zamieszania, mam w końcu chwilę czasu aby porozglądać się po okolicy. Pogoda jest super!


Według naszgo topo wyciąg dwunasty powinien wyprowadzić nas już na szczyt. Nie tracąc więc ani chwili czasu, po ściągnięciu do siebie chłopaków, praktycznie


od razu ruszam dalej.



Ze stanowiska trawersuję lekko w lewo, po czym wchodzę w połóg. Mimo, że wyciąg (w naszym topo) wyceniony jest tylko na 5c to slab mocno mnie pierze!


Chwyty i stopnie praktycznie nie istnieją. Kilka razy ryzykownie wychodzę wyżej, tylko po to, żeby  za chwilę ponownie wrócić na dół. Na szczęście udaje mi


się w końcu odczytać drogę i bez odpadnięcia wyjść z trudności.



W tym miejscu nasza droga miała dobiec końca, jednak końca wcale nie widać. Nie pozostaje mi, więc nic innego jak szykowanie się do wyciągu trzynastego...


Z początku bardzo łatwo, wygodną płytą kieruję się na prawo (blisko krawędzi). Następnie w górę, którędy dochodzę pod przewieszkę. Z dołu przewieszka nie

wydaje się łatwa. Obicie również pozostawia wiele do życzenia. Spit zamiast być wklejony wysoko, znajduje się na tyle nisko, że ewentualne odpadnięcie


prawdopodobnie zakończy się na półce kilka metrów poniżej. Dlatego zanim decyduję się na wyjście, staram się dołożyć jeszcze coś swojego do asekuracji.


Rozstawiam się w końcu szeroko na nogach i korzystając z małej krawądki na ręce, zdecydowanie wychodzę wyżej. Teraz już bez trudności dochodzę do grani i


do kolejnego stanowiska ;-)



Wyciąg czternasty to kilkumetrowa przerysa. Z dołu widzę jednak, jak Włosi obchodzą ją z lewej strony. Ja jednak nie chcąc pozbawić się przyjemności

wspinania w takiej formacji, nie zamierzam tego robić i postanawiam przejść ją na wprost. Okazuje się, że jest zdecydowanie łatwiej niż to wcześniej


wyglądało. Mimo braku dużych camów asekuracja jest wyśmienita a wspinanie przerysą jest przyjemnością samą w sobie.




Po kilku kolejnych metrach w końcu docieram do końca naszej drogi i granią wychodzę na szczyt Dibony.


Niestety ze względu na kocioł panujący na stanowisku zjazdowym zmuszony jestem założyć stanowisko na wielkim głazie parę metrów wcześniej, skąd


ściągam do siebie chłopaków.





Przez cyrk panujący na drodze zejściowej, spędzamy na szczycie ponad półtora godziny. Przewodnicy co chwile wyprowadzają na szczyt kolejnych klientów


blokując tym samym drogę zejściową.




W końcu jednak coś się rusza i powoli rozpoczynamy zjazdy.



Pozostaje nam jeszcze nieprzyjemny trawers do ścieżki zejściowej po czym już powrót piargami do schroniska.


Michał na trawersie


Wieczorem tego dnia, mamy jeszcze możliwość podziwiania pięknego zachodu słońca.



* Na stronie camptocamp znajduje się informacja, że drogę można przejść na linie 50m. Dla bezpieczeństwa sugeruję jednak zabrać podwójne żyły -


przynajmniej 50m. My mieliśmy 2x60m dzięki czemu zjazdy zrobiliśmy omijając kolejkę na pośrednim stanowisku zjazdowym.




Oprócz ekspresów (12) zabraliśmy jeszcze zestaw friendów. O il na początku wszystko było gęsto obite, to kilka razy zdarzyło się, że ja, Michał czy Chmielu



dokładaliśmy coś swojego. Zwłaszcza na ostatnich wyciągach obicie było bardzo "luźne".



Sunday, 30 July 2017

Pytlákův Expres VI+



Wybija godzina 05:00 gdy dzwoni budzik. Nikt nie ma jednak ochoty wstawać. Zmęczenie po akcji na Gerlachu daje się we znaki. Mija 10 min kiedy budzik

dzwoni ponownie. Trzeba w końcu wstać inaczej będziemy tego później żałować czekając w kolejce pod ścianą! Budzę więc chłopaków i "zachęcam" do wyjścia.  

Nie widać jednak spręża w narodzie.


Po chwili nareszcie wstają. Powoli i ospale przygotowujemy śniadanie. Szybka kawa / herbata, pakowanie plecaków i chwilę po 06:00 ruszamy już w 

stronę Batyżowieckiego. Idę pierwszy. Za mną Krzysztof a na końcu biegnie Michał.


Na ten dzień w planie mamy przejść Čihulov Pilier a jeśli czas pozwoli to może nawet coś jeszcze. O wszystkim będziemy decydować pod ścianą. 

Zanim jednak tam docieramy, Krzysztof sugeruje zmianę planów. I tak żeby zamiast na filar, spróbować przejść Pytlákův Expres ("tam przynajmniej się

powspinamy"). Mi ten pomysł średnio się podoba. Jestem jeszcze lekko zmęczony po poprzednim dniu. Michał, który ma pomóc zdecydować co

robimy, nie ma zdania...


I w ten właśnie sposób, parę minut po godzinie 07:00 wbijam się w pierwszy wyciąg Pytlákův Expres ;-)


Droga startuje na lewo od drogi Kutty. Z półki po obłych (wymytych) płytach dochodzę do charakterystycznych odciągów, z których skośnie na lewo

dochodzę pod zacięcie, gdzie zgodnie z topo, zakładam stan (spit).


Na dojściu do stanowiska znajduje się zaklinowany friend.

widok z pierwszego stanowiska na start drogi
Krzysztof pod stanowiskiem


Wyciąg drugi to piękne, miejscami połogie, zacięcie za VI-. W kluczowym miejscu można znaleźć hak. Asekuracja siada jednak tutaj bardzo dobrze.

Po przejściu zacięcia należy wyjść na wygodną platformę, z której dalej skośnie w lewo, przez płytkę z wymyciami. Stan znajduje się pod okapem (dwa spity). 

Ja niestety poszedłem prosto do góry, przez co straciliśmy trochę czasu na przeniesienie stanowiska.

Michał na dojściu do drugiego stanu


Na wyciągu trzecim zamieniamy się z Krzysztofem na prowadzeniu.

Tutaj Krzysztof ze stanowiska startuje prosto do góry, do podchwytów znajdujących się w okapie nad nami. Dalej przez przewieszkę  za V+ (raczej łatwo).

Następnie po wyjściu na połogą płytkę, trawersuje w lewo, gdzie systemem rys / małych chwytów dochodzi do kolejnego stanowiska (dwa spity) pod okapem.

płytka na trzecim wyciągu


Początek wyciągu czwartego to już kluczowe trudności drogi za VI+. Siłowe wejście na odciąg w wypychający kominek oraz "nieprzyjemny" i eksponowany

trawers w prawo, po przejściu którego, dalej już łatwym terenem do kolejnego stanu.


Nie wiem jak trudności na prowadzeniu odczuł Krzysztof, ale widać było, że jest hardo! Dla mnie osobiście przejście tego miejsca z plecakiem na należało do

najprzyjemniejszych. Na szczęście dobra praca nóg i szerokie rozstawianie się na tarcie skutecznie pomogło pokonać trudności. Na pewno jednak nie było to 

najłatwiejsze VI+ jakie do tej pory robiłem.


Zjeżdżając drogą Kutty zauważyliśmy, że istnieje jeszcze jeden wariant przejścia tego wyciągu. Zespół, który wspinał się po nas, poszedłszy od razu do góry, 

pomijając trawers w prawo. Być może jest to jakiś wariant z prostowaniem :-)

kluczowe trudności drogi (zdjęcie zrobione podczas zjazdów drogą Kutty)
Michał na wyjściu z trawersu
dojście do czwartego stanu


Wyciąg piąty i szósty jest już generalnie mało ciekawy. Piąty to głównie szukanie skały między kawałkami trawy. Szósty natomiast to już wejście na grań. 

Oba bardzo łatwe i mało wspinaczkowe. Także o ile ktoś nie chce robić dalej grani Batyżowieckiego Szczytu to zachęcam od razu do zjazdów drogą Kutty. Jeśli

jednak ktoś zdecyduje się iść dalej, tak jak my, to na końcu ostatniego wyciągu znajduje się "ring" oraz spit do zjazdu na trawiastą półkę. 

wspinanie w trawach na wyciągu piątym ;-)
wyjście na grań
czas na zjazdy...

Kościółek... Páleníčkova Cesta wygląda bardzo zachęcająco!
i czas wracać do Krakowa... 


O dziwo dotarcie do postawy ściany poszło nam bardzo sprawnie. Jeśli dobrze pamiętam to w trochę ponad godzinę ogarnęliśmy w trójkowym zespole 4 zjazdy.


Na drugą drogę tego dnia w końcu się nie decydujemy. Podczas zjazdów naliczyliśmy aż 5 zespołów na drodze Kutty... Mimo tego do Krakowa i tak docieramy

dopiero po 19:00.


Droga sama w sobie specjalnie mnie nie zachwyciła. Jako główny cel na jeden dzień zdecydowanie nie jest warta zainteresowania. Bardziej bym ją potraktował

jako sprawdzian swoich umiejętności w, nie łatwej cyfrze, VI+, niż jako piękną drogę wspinaczkową. Na szczęście poprzedniego dnia zrobiliśmy super cestę na 

zachodniej ścianie Gerlacha, także w ogólnym rozrachunku nie ma czego żałować.


Dla zainteresowanych przygotowałem topo z naszego przejścia drogi. Na żółto zaznaczony jest prawdopodobnie wariant prostowania.

Sam schemat dostępny jest również na stronie tatry.nfo.sk.